środa, 12 marca 2008
PiS forsuje własną wersję ustawy ws. ratyfikacji Traktatu z Lizbony
PiS zgłosi w formie poprawki własny projekt ustawy wyrażającej zgodę na ratyfikację Traktatu z Lizbony. PiS chce gwarancji, że zmiana zapisów traktatu będzie wymagała szerokiej zgody politycznej: parlamentu.
Łyżwiński pozostanie w areszcie
Podejrzany w tzw. seksaferze w Samoobronie były poseł tej partii Stanisław Łyżwiński pozostanie w areszcie - zdecydował w środę łódzki sąd apelacyjny.
Komorowski: UE nie jest celem samym w sobie
Wejście w życie Traktatu Lizbońskiego pomoże Unii Europejskiej mieć wspólne stanowisko w sprawach zagranicznych - zgodzili się uczestnicy konferencji "Traktat z Lizbony - ratyfikacja i jej konsekwencje"
Prezydent: władza wymiaru sprawiedliwości jest olbrzymia
Zdaniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, władza wymiaru sprawiedliwości w Polsce jest olbrzymia. "Stopień odseparowania władz też przekracza to, co jest w licznych krajach europejskich standardem" - powiedział prezydent, który w środę bierze udział w corocznym zgromadzeniu sędziów TK.
wtorek, 4 marca 2008
Zatrzymano podejrzanych o handel ludźmi
Cztery osoby, podejrzane o handel ludźmi i czerpanie korzyści z nierządu, zatrzymali funkcjonariusze opolskiej policji i sudeckiego oddziału Straży Granicznej - powiedział we wtorek PAP rzecznik opolskiej policji, kom. Maciej Milewski.
Podejrzanych zatrzymano na Dolnym Śląsku - m.in. w jednej z tamtejszych agencji towarzyskich. "Grupa zajmowała się handlem ludźmi, stręczeniem do nierządu oraz czerpaniem z niego korzyści. Szacujemy, że przez agencję przewinęło się kilkadziesiąt kobiet" - zaznaczył Milewski.
Jak ustaliła policja, grupa działała na terenie województw opolskiego i dolnośląskiego od 2003 roku.
Wśród zatrzymanych jest lekarz, któremu zarzucono wielokrotne dokonywanie nielegalnych zabiegów aborcji. Grozi mu kara do 8 lat więzienia. Pozostałym zatrzymanym grożą kary pozbawienia wolności do co najmniej 3 lat.
Zatrzymanie to efekt trwających ponad rok wspólnych działań policji i Straży Granicznej.
Podejrzanych zatrzymano na Dolnym Śląsku - m.in. w jednej z tamtejszych agencji towarzyskich. "Grupa zajmowała się handlem ludźmi, stręczeniem do nierządu oraz czerpaniem z niego korzyści. Szacujemy, że przez agencję przewinęło się kilkadziesiąt kobiet" - zaznaczył Milewski.
Jak ustaliła policja, grupa działała na terenie województw opolskiego i dolnośląskiego od 2003 roku.
Wśród zatrzymanych jest lekarz, któremu zarzucono wielokrotne dokonywanie nielegalnych zabiegów aborcji. Grozi mu kara do 8 lat więzienia. Pozostałym zatrzymanym grożą kary pozbawienia wolności do co najmniej 3 lat.
Zatrzymanie to efekt trwających ponad rok wspólnych działań policji i Straży Granicznej.
11-miesięczny Jaś jest już Polakiem!
Chory na mukowiscydozę 11-miesięczny Jaś, którego matka jest Białorusinką, otrzymał polskie obywatelstwo. We wtorek dokument poświadczający ten fakt podpisał wojewoda pomorski Roman Zaborowski.
"Status chłopca został już prawnie przesądzony. Prawdopodobnie rozpocznie się teraz poszukiwanie rodziny zastępczej. Już się zgłaszają rodziny, które chcą go adoptować, ale oczywiście, z racji tego, że chłopiec jest chory, adopcja nie może być dziełem przypadku" - powiedział Zaborowski.
Chłopczyk - nazwany Jasiem (jego prawdziwe imię i nazwisko to Paweł Iwanow) - urodził się na początku kwietnia ub. roku w Lublinie. Jego matka zrzekła się dziecka tuż po jego urodzeniu. Opiekunem zastępczym została młoda kobieta z Gdyni, która po pewnym czasie zrezygnowała z opieki nad dzieckiem.
O deportację dziecka do Białorusi wystąpiły władze tego kraju. Lubelski sąd wydał nawet decyzję o wydaniu chłopca, lecz została ona wstrzymana na wniosek prokuratury. Polskie media opisujące historię dziecka wyrażały obawy, że chłopczyk na Białorusi nie będzie miał należytej, specjalnej opieki wymaganej przy jego chorobie.
W poniedziałek Polak, mieszkaniec Lubelszczyzny, uznał Jasia za swego syna. To pozwoliło uznać chłopca za obywatela Polski, a tym samym dać mu szansę na pozostanie w naszym kraju. Mężczyzna zapowiedział jednocześnie, że zamierza zrzec się praw rodzicielskich, gdyż nie stać go na utrzymanie i leczenie tak chorego dziecka.
Chłopczyk przebywa w szpitalu dziecięcym w Gdańsku. Trafił tam przed trzema tygodniami, gdy jeszcze obowiązywała decyzja o jego deportacji. Lekarze mieli zbadać czy stan chłopca pozwala na dłuższą podróż. Ponieważ stwierdzili u dziecka infekcję, zdecydowali się zatrzymać je w szpitalu.
"W tej chwili stan chłopca jest na tyle dobry, że w tym tygodniu może już opuścić placówkę" - powiedział we wtorek PAP Franciszek Bronk, wicedyrektor Miejskiego Ośrodka Opieki Społecznej w Gdyni, który sprawuje formalną pieczę nad dzieckiem oraz gdynianką - jego tymczasową opiekunką.
Po wyjściu ze szpitala chłopiec trafi właśnie do 24-letniej mieszkanki Gdyni. Wprawdzie kobieta nie chce już być rodziną zastępczą dla chłopca, podjęła się jednak opieki nad dzieckiem do momentu, aż zostanie uregulowana jego sytuacja prawna.
Matka Jasia zwróciła się do wojewody lubelskiego z prośbą o zalegalizowanie swojego pobytu w naszym kraju. W piśmie do wojewody napisała m.in., że w Polsce przebywa od 1996 r. Ma troje dzieci, z których dwójka urodziła się w Lublinie i zna tylko język polski, chodzi do lubelskich szkół. Kobieta nie chce wracać na Białoruś w obawie przed szykanami.
"Status chłopca został już prawnie przesądzony. Prawdopodobnie rozpocznie się teraz poszukiwanie rodziny zastępczej. Już się zgłaszają rodziny, które chcą go adoptować, ale oczywiście, z racji tego, że chłopiec jest chory, adopcja nie może być dziełem przypadku" - powiedział Zaborowski.
Chłopczyk - nazwany Jasiem (jego prawdziwe imię i nazwisko to Paweł Iwanow) - urodził się na początku kwietnia ub. roku w Lublinie. Jego matka zrzekła się dziecka tuż po jego urodzeniu. Opiekunem zastępczym została młoda kobieta z Gdyni, która po pewnym czasie zrezygnowała z opieki nad dzieckiem.
O deportację dziecka do Białorusi wystąpiły władze tego kraju. Lubelski sąd wydał nawet decyzję o wydaniu chłopca, lecz została ona wstrzymana na wniosek prokuratury. Polskie media opisujące historię dziecka wyrażały obawy, że chłopczyk na Białorusi nie będzie miał należytej, specjalnej opieki wymaganej przy jego chorobie.
W poniedziałek Polak, mieszkaniec Lubelszczyzny, uznał Jasia za swego syna. To pozwoliło uznać chłopca za obywatela Polski, a tym samym dać mu szansę na pozostanie w naszym kraju. Mężczyzna zapowiedział jednocześnie, że zamierza zrzec się praw rodzicielskich, gdyż nie stać go na utrzymanie i leczenie tak chorego dziecka.
Chłopczyk przebywa w szpitalu dziecięcym w Gdańsku. Trafił tam przed trzema tygodniami, gdy jeszcze obowiązywała decyzja o jego deportacji. Lekarze mieli zbadać czy stan chłopca pozwala na dłuższą podróż. Ponieważ stwierdzili u dziecka infekcję, zdecydowali się zatrzymać je w szpitalu.
"W tej chwili stan chłopca jest na tyle dobry, że w tym tygodniu może już opuścić placówkę" - powiedział we wtorek PAP Franciszek Bronk, wicedyrektor Miejskiego Ośrodka Opieki Społecznej w Gdyni, który sprawuje formalną pieczę nad dzieckiem oraz gdynianką - jego tymczasową opiekunką.
Po wyjściu ze szpitala chłopiec trafi właśnie do 24-letniej mieszkanki Gdyni. Wprawdzie kobieta nie chce już być rodziną zastępczą dla chłopca, podjęła się jednak opieki nad dzieckiem do momentu, aż zostanie uregulowana jego sytuacja prawna.
Matka Jasia zwróciła się do wojewody lubelskiego z prośbą o zalegalizowanie swojego pobytu w naszym kraju. W piśmie do wojewody napisała m.in., że w Polsce przebywa od 1996 r. Ma troje dzieci, z których dwójka urodziła się w Lublinie i zna tylko język polski, chodzi do lubelskich szkół. Kobieta nie chce wracać na Białoruś w obawie przed szykanami.
Buzek złożył oświadczenie lustracyjne
Eurodeputowany PO Jerzy Buzek poinformował we wtorek, że osobiście złożył oświadczenie lustracyjne w Państwowej Komisji Wyborczej, ponieważ poprzednie, które wysłał pocztą, nie dotarło w wyznaczonym terminie, czyli do 19 lutego.
Dyrektor zespołu prawnego w Krajowym Biurze Wyborczym przy PKW Beata Tokaj w rozmowie z PAP potwierdziła, że oświadczenie lustracyjne Jerzego Buzka wpłynęło do Komisji we wtorek.
"Oświadczenie lustracyjne złożyłem w terminie. Ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn nie dotarło ono do Państwowej Komisji Wyborczej, złożyłem dzisiaj wniosek powtórnie, bezpośrednio w siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej" - oświadczył były premier w komunikacie przesłanym we wtorek PAP.
Poza oświadczeniem Buzka, PKW nie otrzymała na czas oświadczeń dwóch innych eurodeputowanych: Bronisława Geremka (PD) i Marka Siwca (SLD). Beata Tokaj poinformowała w poniedziałek PAP, że Geremek przysłał 15 lutego list do Komisji, w którym informuje, że nie złoży oświadczenia. Siwiec natomiast nie przysłał żadnego wyjaśnienia, ale w poniedziałek w rozmowie z PAP zapewnił, że "w normalnym trybie" pocztą przekazał PKW oświadczenie. Sprawę zamierza wyjaśniać.
PKW wysłała do europosłów zawiadomienia o konieczności składania oświadczeń w listopadzie, po wejściu w życie nowelizacji ustawy lustracyjnej. Mieli oni trzy miesiące na odesłanie oświadczeń. Termin ten minął 19 lutego.
Europosłowie, którzy nie wypełnili obowiązku złożenia oświadczenia, nie stracą jednak mandatów. W ustawie lustracyjnej nie ma już przepisów, które by to przewidywały. Zostały zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny.
Dyrektor zespołu prawnego w Krajowym Biurze Wyborczym przy PKW Beata Tokaj w rozmowie z PAP potwierdziła, że oświadczenie lustracyjne Jerzego Buzka wpłynęło do Komisji we wtorek.
"Oświadczenie lustracyjne złożyłem w terminie. Ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn nie dotarło ono do Państwowej Komisji Wyborczej, złożyłem dzisiaj wniosek powtórnie, bezpośrednio w siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej" - oświadczył były premier w komunikacie przesłanym we wtorek PAP.
Poza oświadczeniem Buzka, PKW nie otrzymała na czas oświadczeń dwóch innych eurodeputowanych: Bronisława Geremka (PD) i Marka Siwca (SLD). Beata Tokaj poinformowała w poniedziałek PAP, że Geremek przysłał 15 lutego list do Komisji, w którym informuje, że nie złoży oświadczenia. Siwiec natomiast nie przysłał żadnego wyjaśnienia, ale w poniedziałek w rozmowie z PAP zapewnił, że "w normalnym trybie" pocztą przekazał PKW oświadczenie. Sprawę zamierza wyjaśniać.
PKW wysłała do europosłów zawiadomienia o konieczności składania oświadczeń w listopadzie, po wejściu w życie nowelizacji ustawy lustracyjnej. Mieli oni trzy miesiące na odesłanie oświadczeń. Termin ten minął 19 lutego.
Europosłowie, którzy nie wypełnili obowiązku złożenia oświadczenia, nie stracą jednak mandatów. W ustawie lustracyjnej nie ma już przepisów, które by to przewidywały. Zostały zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny.
Tragedia na Sanie: 3 lata dla dyspozytora
Na karę trzech lat więzienia skazał we wtorek Sąd Okręgowy w Kielcach Stanisława Ż., dyspozytora spływu Sanem, podczas którego utonęło pięć osób. Sąd uznał go winnym nieumyślnego spowodowanie katastrofy w ruchu wodnym, zagrażającej życiu i zdrowiu wielu osób.
Do wypadku doszło 30 kwietnia 2005 roku na Podkarpaciu. W spływie Sanem uczestniczyło 27 nauczycieli i pracowników Zespołu Szkół Zawodowych nr 1 w Kielcach, którzy czterema łodziami płynęli z Sanoka do Międzybrodzia. W Trepczy jedna z łodzi zaklinowała się w gałęziach drzewa. W nią uderzyła kolejna łódź, a osoby nią płynące wpadły do wody. Utonęły cztery nauczycielki i młody flisak.
Decyzją sądu dyspozytor spływu musi zapłacić poszkodowanym w wypadku osobom zadośćuczynienia w kwocie od 500 do trzech tysięcy zł.
Drugi z oskarżonych, inspektor nadzoru z Urzędu Żeglugi Śródlądowej w Krakowie Marian K., został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata za niedopełnienie obowiązków.
W uzasadnieniu wyroku przewodniczący składu orzekającego Marek Stempniak powiedział, że do tragedii doszło z wielu powodów, ale pierwszym była decyzja o spływie Sanem w dniu, kiedy wodowskaz pokazywał przekroczony stan ostrzegawczy, woda płynęła szybkim nurtem, a niektórzy przewoźnicy i uczestnicy zgłaszali obawy.
Według sądu organizator nie obsadził łodzi doświadczonymi przewoźnikami. Dowodem na to jest "fatalna akcja ratunkowa" - w jej trakcie m.in. jeden z flisaków polecił kobietom trzymającym się burt łodzi, by puściły łódź i po dnie przeszły do brzegu; porwał je nurt rzeki. Załogi nie skorzystały z rzutek, by ratować nauczycielki; przewoźnicy mieli problemy ze sterowaniem łodziami. Młody flisak utonął z powodu braku umiejętności i doświadczenia.
Zdaniem sądu dyspozytor spływu wykazał się nie tylko brakiem szacunku dla bezpieczeństwa pasażerów, ale także brakiem szacunku dla żywiołu i rażącym brakiem wyobraźni. Według sędziego turyści mieli prawo oczekiwać, że organizator zapewni im bezpieczeństwo, on tymczasem nie wyposażył łodzi w kamizelki ratunkowe, a liczba rzutek i kół ratunkowych była niewystarczająca.
Pomimo że oskarżony dotychczas prowadził nienaganny tryb życia, a przestępstwo ma charakter nieumyślny, zdaniem sądu ze względów prewencyjnych i dla kształtowania świadomości karnej społeczeństwa kara wobec Stanisława Ż. nie może być łagodniejsza.
Inspektora z Urzędu Żeglugi Śródlądowej sąd skazał za to, że nie przeprowadzał w firmie organizującej spływy Sanem np. nie zapowiadanych kontroli oraz nie egzekwował obowiązku wyposażenia łodzi w środki ratunkowe. Zdaniem sędziego kara w zawieszeniu dla Mariana K. będzie wystarczającym ostrzeżeniem dla niego i innych funkcjonariuszy publicznych, którzy wykonując swoje obowiązki "idą na łatwiznę".
Wyrok jest nieprawomocny. Obrońcy obu oskarżonych zapowiedzieli apelacje. "W wielu punktach uzasadnienia sąd bardzo krytycznie odnosił się do zachowania przewoźników, dowódców łodzi, wytykał ich błędy, które doprowadziły do tragedii, tymczasem ci przewoźnicy nie są objęci zarzutami" - powiedział PAP obrońca dyspozytora mec. Edward Rzepka.
Do wypadku doszło 30 kwietnia 2005 roku na Podkarpaciu. W spływie Sanem uczestniczyło 27 nauczycieli i pracowników Zespołu Szkół Zawodowych nr 1 w Kielcach, którzy czterema łodziami płynęli z Sanoka do Międzybrodzia. W Trepczy jedna z łodzi zaklinowała się w gałęziach drzewa. W nią uderzyła kolejna łódź, a osoby nią płynące wpadły do wody. Utonęły cztery nauczycielki i młody flisak.
Decyzją sądu dyspozytor spływu musi zapłacić poszkodowanym w wypadku osobom zadośćuczynienia w kwocie od 500 do trzech tysięcy zł.
Drugi z oskarżonych, inspektor nadzoru z Urzędu Żeglugi Śródlądowej w Krakowie Marian K., został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata za niedopełnienie obowiązków.
W uzasadnieniu wyroku przewodniczący składu orzekającego Marek Stempniak powiedział, że do tragedii doszło z wielu powodów, ale pierwszym była decyzja o spływie Sanem w dniu, kiedy wodowskaz pokazywał przekroczony stan ostrzegawczy, woda płynęła szybkim nurtem, a niektórzy przewoźnicy i uczestnicy zgłaszali obawy.
Według sądu organizator nie obsadził łodzi doświadczonymi przewoźnikami. Dowodem na to jest "fatalna akcja ratunkowa" - w jej trakcie m.in. jeden z flisaków polecił kobietom trzymającym się burt łodzi, by puściły łódź i po dnie przeszły do brzegu; porwał je nurt rzeki. Załogi nie skorzystały z rzutek, by ratować nauczycielki; przewoźnicy mieli problemy ze sterowaniem łodziami. Młody flisak utonął z powodu braku umiejętności i doświadczenia.
Zdaniem sądu dyspozytor spływu wykazał się nie tylko brakiem szacunku dla bezpieczeństwa pasażerów, ale także brakiem szacunku dla żywiołu i rażącym brakiem wyobraźni. Według sędziego turyści mieli prawo oczekiwać, że organizator zapewni im bezpieczeństwo, on tymczasem nie wyposażył łodzi w kamizelki ratunkowe, a liczba rzutek i kół ratunkowych była niewystarczająca.
Pomimo że oskarżony dotychczas prowadził nienaganny tryb życia, a przestępstwo ma charakter nieumyślny, zdaniem sądu ze względów prewencyjnych i dla kształtowania świadomości karnej społeczeństwa kara wobec Stanisława Ż. nie może być łagodniejsza.
Inspektora z Urzędu Żeglugi Śródlądowej sąd skazał za to, że nie przeprowadzał w firmie organizującej spływy Sanem np. nie zapowiadanych kontroli oraz nie egzekwował obowiązku wyposażenia łodzi w środki ratunkowe. Zdaniem sędziego kara w zawieszeniu dla Mariana K. będzie wystarczającym ostrzeżeniem dla niego i innych funkcjonariuszy publicznych, którzy wykonując swoje obowiązki "idą na łatwiznę".
Wyrok jest nieprawomocny. Obrońcy obu oskarżonych zapowiedzieli apelacje. "W wielu punktach uzasadnienia sąd bardzo krytycznie odnosił się do zachowania przewoźników, dowódców łodzi, wytykał ich błędy, które doprowadziły do tragedii, tymczasem ci przewoźnicy nie są objęci zarzutami" - powiedział PAP obrońca dyspozytora mec. Edward Rzepka.
Nie będzie dymisji za katastrofę CASY
Nie przewidywałem i nie przewiduje zmian na stanowisku dowódcy Sił Powietrznych - tak szef MON Bogdan Klich odniósł się w rozmowie z PAP do doniesień "Rzeczpospolitej" o planowanym odwołaniu z tego stanowiska gen. Andrzeja Błasika.
"To kompletna bzdura. Nie przewidywałem i nie przewiduję żadnych zmian na stanowisku dowódcy Sił Powietrznych. Pan gen. Błasik wykonuje swoje zadania w sposób właściwy, co więcej, mam do niego zaufanie" - powiedział we wtorek PAP minister Klich.
Rozmówcy "Rz" twierdzili, że już w piątek został podpisany wniosek o dymisję Błasika, który ma trafić na biurko prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To on, jako zwierzchnik Sił Zbrojnych, powołuje i odwołuje dowódców rodzajów wojsk na wniosek ministra obrony. Sugerowali, że przyczyną dymisji może być katastrofa wojskowego samolotu CASA, w której 23 stycznia zginęło 20 lotników i, że takiego pretekstu szukano od "pewnego czasu".
"Bynajmniej ta katastrofa pod Mirosławcem nie obciąża konta generała. Traktuję tę informację podaną dzisiaj przez +Rzeczpospolitą+ jako kolejną intrygę, której efektem zamierzonym miałoby być podważanie mojego zaufania do dowódcy sił powietrznych. Ale ponieważ jestem odporny już na tego typu PiS- owskie intrygi, w związku z tym to zaufanie pozostaje niezmienne" - zaznaczył odnosząc się do tych informacji Klich.
"To kompletna bzdura. Nie przewidywałem i nie przewiduję żadnych zmian na stanowisku dowódcy Sił Powietrznych. Pan gen. Błasik wykonuje swoje zadania w sposób właściwy, co więcej, mam do niego zaufanie" - powiedział we wtorek PAP minister Klich.
Rozmówcy "Rz" twierdzili, że już w piątek został podpisany wniosek o dymisję Błasika, który ma trafić na biurko prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To on, jako zwierzchnik Sił Zbrojnych, powołuje i odwołuje dowódców rodzajów wojsk na wniosek ministra obrony. Sugerowali, że przyczyną dymisji może być katastrofa wojskowego samolotu CASA, w której 23 stycznia zginęło 20 lotników i, że takiego pretekstu szukano od "pewnego czasu".
"Bynajmniej ta katastrofa pod Mirosławcem nie obciąża konta generała. Traktuję tę informację podaną dzisiaj przez +Rzeczpospolitą+ jako kolejną intrygę, której efektem zamierzonym miałoby być podważanie mojego zaufania do dowódcy sił powietrznych. Ale ponieważ jestem odporny już na tego typu PiS- owskie intrygi, w związku z tym to zaufanie pozostaje niezmienne" - zaznaczył odnosząc się do tych informacji Klich.
Ukradła miliony i zgłosiła się na policję
Poszukiwana od połowy stycznia pracownica sopockiego oddziału banku Pekao SA podejrzana o przywłaszczenie kilku milionów złotych, sama zgłosiła się do prokuratury. Kobieta przyznała się do winy, została aresztowana.
"Marzena B. usłyszała zarzut przywłaszczenia 1 mln zł" - powiedziała we wtorek PAP szefowa Prokuratury Rejonowej w Sopocie Barbara Skibicka.
Prokuratura nadal bada dokumentację bankową i już dziś wiadomo, że straty będą dużo wyższe, mogą sięgnąć nawet 7 mln zł.
Prokuratura chciała zatrzymać i przesłuchać Marzenę B. już w połowie stycznia. Kobiety jednak nie można było nigdzie znaleźć. Mąż zgłosił nawet jej zaginięcie. Mimo poszukiwań, policji przez półtora miesiąca nie udało się ustalić miejsca, w którym przebywała. Prokuratura zamierzała sporządzić list gończy.
"Być może ta informacja dotarła do kobiety i spowodowała, że w końcu postanowiła ona zgłosić się sama" - dodała Skibicka.
Pieniądze, o których przywłaszczenie podejrzana jest Marzena B. pochodziły z kont klientów sopockiego oddziału banku, w którym do grudnia pracowała. Obsługiwała najzamożniejszych; w grudniu ub. r. została zwolniona w trybie natychmiastowym po tym, jak bank odkrył nieprawidłowości w dokumentach. Firma natychmiast zawiadomiła też policję oraz prokuraturę.
Pracownica inwestowała ulokowane w banku pieniądze na giełdzie. Robiła to bez wiedzy klientów, fałszując ich oświadczenia. Bessa na giełdzie sprawiła, że część zainwestowanych bezprawnie przez kobietę funduszy przepadła.
"Marzena B. usłyszała zarzut przywłaszczenia 1 mln zł" - powiedziała we wtorek PAP szefowa Prokuratury Rejonowej w Sopocie Barbara Skibicka.
Prokuratura nadal bada dokumentację bankową i już dziś wiadomo, że straty będą dużo wyższe, mogą sięgnąć nawet 7 mln zł.
Prokuratura chciała zatrzymać i przesłuchać Marzenę B. już w połowie stycznia. Kobiety jednak nie można było nigdzie znaleźć. Mąż zgłosił nawet jej zaginięcie. Mimo poszukiwań, policji przez półtora miesiąca nie udało się ustalić miejsca, w którym przebywała. Prokuratura zamierzała sporządzić list gończy.
"Być może ta informacja dotarła do kobiety i spowodowała, że w końcu postanowiła ona zgłosić się sama" - dodała Skibicka.
Pieniądze, o których przywłaszczenie podejrzana jest Marzena B. pochodziły z kont klientów sopockiego oddziału banku, w którym do grudnia pracowała. Obsługiwała najzamożniejszych; w grudniu ub. r. została zwolniona w trybie natychmiastowym po tym, jak bank odkrył nieprawidłowości w dokumentach. Firma natychmiast zawiadomiła też policję oraz prokuraturę.
Pracownica inwestowała ulokowane w banku pieniądze na giełdzie. Robiła to bez wiedzy klientów, fałszując ich oświadczenia. Bessa na giełdzie sprawiła, że część zainwestowanych bezprawnie przez kobietę funduszy przepadła.
sobota, 1 marca 2008
J. Kaczyński o kryzysie polskiej inteligencji
O sposobach "przełamania kryzysu polskiej inteligencji" dyskutowali w sobotę uczestnicy zorganizowanej przez PiS konferencji intelektualistów. Prezes PS Jarosław Kaczyński wzywał do "zburzenia murów" i nadania inteligencji nowej formuły.
Zapowiedział też zwołanie "wielkiego kongresu inteligencji" - również pod auspicjami jego partii.
"To jest początek, dobry początek" - powiedział po zakończeniu sobotnich obrad J.Kaczyński.
"To jest nasze zaplecze, które będziemy rozbudowywać, będą kolejne konferencje i - jak Bóg da - mniej więcej za rok, może za półtora będzie wielki kongres inteligencji polskiej" - mówił dziennikarzom.
Konferencja "Polska inteligencja a życie publiczne po wyborach 2007" odbywała się w warszawskiej Akademii Muzycznej.
Została przygotowana przez sekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta, b. ministra edukacji w rządzie PiS prof. Ryszarda Legutkę oraz senatora PiS prof. Ryszarda Terleckiego. Zgromadziła w warszawskiej Akademii Muzycznej kilkaset osób. Obecni byli także czołowi politycy PiS
Jak mówił prezes PiS, trzeba przedstawić nową formułę polskiej inteligencji. "To bardzo trudne zadanie, ale my uważamy, że ten kryzys inteligencji polskiej trzeba przełamać takimi metodami jakie są dostępne. Dać jakiś znak, jakiś sygnał, pierwsze pchnięcie, które doprowadzi, że bardzo wielu polskich inteligentów zrozumie, że można myśleć inaczej, niż to jest w tej chwili powszechnie przyjęte, narzucane" - mówił.
Jak wyjaśnił, chodzi o "różne mechanizmy wymuszania, różne ostracyzmy, które powodują, że każdy, kto myśli i mówi inaczej, może się spodziewać różnych negatywnych konsekwencji".
Kaczyński podkreślił, że sobotnia konferencja nie jest działalnością sensu stricto partyjną, ale PiS będzie brało w niej udział, będzie chciało ją "w możliwym zakresie animować, w żadnym razie nie próbując zawłaszczyć".
"My nie chcemy czynić z tego czegoś, czym partia będzie się chwaliła w kampanii wyborczej, chcemy by doszło do pewnych zmian, bez tych zmian budowa IV RP będzie bardzo trudna" -dodał.
W swoim wystąpieniu w trakcie debaty prezes PiS przekonywał, że formuła III RP jest właśnie wynikiem kryzysu polskiej inteligencji, a ten jest wynikiem kryzysu polonizmu, czyli poczucia przynależności narodowej.
Jego zdaniem, kryzys polonizmu jest w dużym stopniu konstruowany przez "suflowanie" niewłaściwego stosunku do narodu i tradycji przez środowisko lewicowej inteligencji. Podkreślił jednak, że przyczyny są znacznie głębsze i wynikają z uwarunkowań historycznych. Jego zdaniem, większą szkodę dla poczucia przynależności narodowej niż okupacja niemiecka i nawet komunizm przyniosła naszemu społeczeństwu postawa służalczości wobec narzuconej władzy. Jego zdaniem, w wolnej Polsce zaskutkowała ona syndromem inteligencji "obsługującej interesy establishmentu".
Prezes PiS apelował do inteligencji o odwagę cywilną. "Musimy próbować złamać, zburzyć pewne mury, podjąć wielki wysiłek" - powiedział. "Nie mamy wielkich środków, ale mamy głowy" - dodał i zacytował marszałka Józefa Piłsudskiego, który mawiał, że jeśli "nie ma czym bić w mur, to bijmy głową".
Sporo miejsca podczas debaty jej uczestnicy poświęcili określeniu zadań jakie stoją obecnie przed polską inteligencją. Historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Andrzej Nowak podkreślił, że najważniejsze z nich to "obrona prawdy, wolności i rozumu". Jak tłumaczył inteligencja powinna bronić prawdy i dochodzenia do niej, gdyż w Polsce tak jak w krajach całej cywilizacji zachodniej, dochodzi do cynicznego manipulowania rzeczywistością, zwłaszcza poprzez media.
Zadaniem inteligencji - mówił Nowak - jest także obrona standardów, m.in. "standardów zmagania się z rzeczywistością". Jak zaznaczył, dorosłym ludziom nie trzeba pokazywać świata w sposób uproszczony - tak jak jego zdaniem robi obecny rząd - tylko podawać fakty, z których oni sami potrafią wyciągać wnioski. Według Nowaka, rolą inteligencji jest także pokazywanie alternatyw dla decyzji rządzących.
Socjolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego prof. Zdzisław Krasnodębski mówił, że "inteligencja powinna zająć się inteligentnym myśleniem", gdyż teraz zapanowała w Polsce era bezmyślności. Jego zdaniem, obecnie młodzi ludzie mimo, że mają możliwość swobodnego poruszania się po świecie, co raz mniej rozumieją rzeczywistość, widzą tylko jej powierzchnię, dlatego zadaniem uczących ich jest m.in. praca nad tym by uodpornić ich, tak by stali się odporni, krytyczni wobec mód intelektualnych i mieli swoje zdanie.
Literaturoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, były wiceminister edukacji Andrzej Waśko mówił, że przy uczeniu w szkole trzeba kłaść nacisk na przedmioty humanistyczne, naukę historii i literatury, czytanie tekstów i umiejętność wyciągania z nich wniosków, która można wykorzystywać w życiu. Według niego, dzięki takiemu poznawaniu własnej kultury poznaje się jej kod kulturowy i miejsce jej w świecie. Jak mówił Waśko, gdy postrzega się własny kraj, jego kulturę i historię jako centrum własnego świata łatwiej jest poznawać resztę świata. "Postrzeganie swego świata jako peryferyjny obniża poczucie wartości i powoduje niską samoocenę, to zaś prowadzi do podatności na manipulacje socjotechniczne" - dodał.
Z kolei socjolog z Polskiej Akademii Nauk prof. Barbara Fedyszak- Radziejowska zauważyła, że "w Polsce jest 10 proc. ludzi z wyższym wykształceniem; na wsi około 5 proc. w miastach ok. 15 proc. To nie jest dużo". Jednocześnie zauważyła, że inteligencja jest rodzajem polskiej elity. "To faktycznie swoista społeczność, o pewnych szczególnych poglądach, jest grupą, która na tle reszty społeczeństwa się wyróżnia. Ma nieprawdopodobną przewagę w debacie publicznej, w kształtowaniu młodych ludzi, to przecież inteligencja jest w szkołach, na uczelniach, w mediach, to inteligencja pełni rolę ekspertów. Jednym słowem nie ma ucieczki od odpowiedzialności" - powiedziała Fedyszak-Radziejowska.
J.Kaczyński przekonywał, że sobotnia konferencja "może mieć ogromne znaczenie i może być wspominana przez historyków, jeśli będzie zaczynem pewnego przedsięwzięcia, które będzie zmierzało do tego by przedłożyć polskiej inteligencji nową formułę". Prezes PiS przekonywał, że warto spróbować to zrobić, "przełamując przy tym różnego rodzaju ograniczenia i tabu, które ograniczają dyskurs publiczny".
Przed konferencją prof. Legutko powiedział PAP, że "w ciągu ostatnich dwóch lat doszło do swoistej uzurpacji słowa +inteligencja+ i faktycznie pewna część tego środowiska uznała się za jedynych i wyłącznych przedstawicieli tego środowiska inteligencji polskiej i zakrzyczała - mówiąc brutalnie - resztę. Zakrzyczeni już mieli dość i postanowili się spotkać". Wśród kilkuset uczestników konferencji - według niego - przeważają "akademicy, profesorowie, adiunkci wyższych uczelni". "Zainteresowanie jest ogromne, nawet nie przypuszczaliśmy że będzie tak wielkie" - ocenił.
Według Legutki, konferencja jest "początkiem czegoś, co można by nazwać długofalowym projektem namysłu nad Rzeczpospolitą".
"To nie tylko spotkania, ale również zespoły analityczne, koncepcyjne, które mam nadzieję z tego spotkania się wyłonią" - powiedział.
Otwierając konferencję Legutko powiedział z kolei, że przed polską inteligencją nadal stoi zadanie stworzenia nowej formuły państwa, alternatywnej dla tej panującej po 1989 roku. Według niego, poprzednia koncepcja została skompromitowana w roku 2005 roku i od tego czasu nie stało się nic, co unieważniałoby tę diagnozę. W jego opinii, ostatnie wybory nie przyniosły żadnego nowego bodźca rozpoczętym dwa lata wcześniej (po wygranej PiS) zmianom. I dlatego - jak mówił - zadanie, które realnie stanęło przed polską inteligencją w roku 2005, nadal czeka na realizację.
Natomiast senator Terlecki odczytał apel, w którym uczestnicy konferencji postulują wstrzymanie prac nad znajdującym się w Sejmie projektem nowelizacji ustawy medialnej oraz utrzymanie abonamentu. Jak mówił, projekt nowelizacji zakłada "rozciągnięcie władzy rządu nad mediami publicznymi".
W piątek po kilkugodzinnej, burzliwej debacie przygotowany przez PO projekt zmieniający dotychczasową ustawą o radiofonii i telewizji trafił do dalszych prac w komisjach. PO i LiD zgłosiły kilka poprawek, które znacząco zmieniają kształt projektu. PiS wnioskowało o odrzucenie go w całości.
Zapowiedział też zwołanie "wielkiego kongresu inteligencji" - również pod auspicjami jego partii.
"To jest początek, dobry początek" - powiedział po zakończeniu sobotnich obrad J.Kaczyński.
"To jest nasze zaplecze, które będziemy rozbudowywać, będą kolejne konferencje i - jak Bóg da - mniej więcej za rok, może za półtora będzie wielki kongres inteligencji polskiej" - mówił dziennikarzom.
Konferencja "Polska inteligencja a życie publiczne po wyborach 2007" odbywała się w warszawskiej Akademii Muzycznej.
Została przygotowana przez sekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta, b. ministra edukacji w rządzie PiS prof. Ryszarda Legutkę oraz senatora PiS prof. Ryszarda Terleckiego. Zgromadziła w warszawskiej Akademii Muzycznej kilkaset osób. Obecni byli także czołowi politycy PiS
Jak mówił prezes PiS, trzeba przedstawić nową formułę polskiej inteligencji. "To bardzo trudne zadanie, ale my uważamy, że ten kryzys inteligencji polskiej trzeba przełamać takimi metodami jakie są dostępne. Dać jakiś znak, jakiś sygnał, pierwsze pchnięcie, które doprowadzi, że bardzo wielu polskich inteligentów zrozumie, że można myśleć inaczej, niż to jest w tej chwili powszechnie przyjęte, narzucane" - mówił.
Jak wyjaśnił, chodzi o "różne mechanizmy wymuszania, różne ostracyzmy, które powodują, że każdy, kto myśli i mówi inaczej, może się spodziewać różnych negatywnych konsekwencji".
Kaczyński podkreślił, że sobotnia konferencja nie jest działalnością sensu stricto partyjną, ale PiS będzie brało w niej udział, będzie chciało ją "w możliwym zakresie animować, w żadnym razie nie próbując zawłaszczyć".
"My nie chcemy czynić z tego czegoś, czym partia będzie się chwaliła w kampanii wyborczej, chcemy by doszło do pewnych zmian, bez tych zmian budowa IV RP będzie bardzo trudna" -dodał.
W swoim wystąpieniu w trakcie debaty prezes PiS przekonywał, że formuła III RP jest właśnie wynikiem kryzysu polskiej inteligencji, a ten jest wynikiem kryzysu polonizmu, czyli poczucia przynależności narodowej.
Jego zdaniem, kryzys polonizmu jest w dużym stopniu konstruowany przez "suflowanie" niewłaściwego stosunku do narodu i tradycji przez środowisko lewicowej inteligencji. Podkreślił jednak, że przyczyny są znacznie głębsze i wynikają z uwarunkowań historycznych. Jego zdaniem, większą szkodę dla poczucia przynależności narodowej niż okupacja niemiecka i nawet komunizm przyniosła naszemu społeczeństwu postawa służalczości wobec narzuconej władzy. Jego zdaniem, w wolnej Polsce zaskutkowała ona syndromem inteligencji "obsługującej interesy establishmentu".
Prezes PiS apelował do inteligencji o odwagę cywilną. "Musimy próbować złamać, zburzyć pewne mury, podjąć wielki wysiłek" - powiedział. "Nie mamy wielkich środków, ale mamy głowy" - dodał i zacytował marszałka Józefa Piłsudskiego, który mawiał, że jeśli "nie ma czym bić w mur, to bijmy głową".
Sporo miejsca podczas debaty jej uczestnicy poświęcili określeniu zadań jakie stoją obecnie przed polską inteligencją. Historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Andrzej Nowak podkreślił, że najważniejsze z nich to "obrona prawdy, wolności i rozumu". Jak tłumaczył inteligencja powinna bronić prawdy i dochodzenia do niej, gdyż w Polsce tak jak w krajach całej cywilizacji zachodniej, dochodzi do cynicznego manipulowania rzeczywistością, zwłaszcza poprzez media.
Zadaniem inteligencji - mówił Nowak - jest także obrona standardów, m.in. "standardów zmagania się z rzeczywistością". Jak zaznaczył, dorosłym ludziom nie trzeba pokazywać świata w sposób uproszczony - tak jak jego zdaniem robi obecny rząd - tylko podawać fakty, z których oni sami potrafią wyciągać wnioski. Według Nowaka, rolą inteligencji jest także pokazywanie alternatyw dla decyzji rządzących.
Socjolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego prof. Zdzisław Krasnodębski mówił, że "inteligencja powinna zająć się inteligentnym myśleniem", gdyż teraz zapanowała w Polsce era bezmyślności. Jego zdaniem, obecnie młodzi ludzie mimo, że mają możliwość swobodnego poruszania się po świecie, co raz mniej rozumieją rzeczywistość, widzą tylko jej powierzchnię, dlatego zadaniem uczących ich jest m.in. praca nad tym by uodpornić ich, tak by stali się odporni, krytyczni wobec mód intelektualnych i mieli swoje zdanie.
Literaturoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, były wiceminister edukacji Andrzej Waśko mówił, że przy uczeniu w szkole trzeba kłaść nacisk na przedmioty humanistyczne, naukę historii i literatury, czytanie tekstów i umiejętność wyciągania z nich wniosków, która można wykorzystywać w życiu. Według niego, dzięki takiemu poznawaniu własnej kultury poznaje się jej kod kulturowy i miejsce jej w świecie. Jak mówił Waśko, gdy postrzega się własny kraj, jego kulturę i historię jako centrum własnego świata łatwiej jest poznawać resztę świata. "Postrzeganie swego świata jako peryferyjny obniża poczucie wartości i powoduje niską samoocenę, to zaś prowadzi do podatności na manipulacje socjotechniczne" - dodał.
Z kolei socjolog z Polskiej Akademii Nauk prof. Barbara Fedyszak- Radziejowska zauważyła, że "w Polsce jest 10 proc. ludzi z wyższym wykształceniem; na wsi około 5 proc. w miastach ok. 15 proc. To nie jest dużo". Jednocześnie zauważyła, że inteligencja jest rodzajem polskiej elity. "To faktycznie swoista społeczność, o pewnych szczególnych poglądach, jest grupą, która na tle reszty społeczeństwa się wyróżnia. Ma nieprawdopodobną przewagę w debacie publicznej, w kształtowaniu młodych ludzi, to przecież inteligencja jest w szkołach, na uczelniach, w mediach, to inteligencja pełni rolę ekspertów. Jednym słowem nie ma ucieczki od odpowiedzialności" - powiedziała Fedyszak-Radziejowska.
J.Kaczyński przekonywał, że sobotnia konferencja "może mieć ogromne znaczenie i może być wspominana przez historyków, jeśli będzie zaczynem pewnego przedsięwzięcia, które będzie zmierzało do tego by przedłożyć polskiej inteligencji nową formułę". Prezes PiS przekonywał, że warto spróbować to zrobić, "przełamując przy tym różnego rodzaju ograniczenia i tabu, które ograniczają dyskurs publiczny".
Przed konferencją prof. Legutko powiedział PAP, że "w ciągu ostatnich dwóch lat doszło do swoistej uzurpacji słowa +inteligencja+ i faktycznie pewna część tego środowiska uznała się za jedynych i wyłącznych przedstawicieli tego środowiska inteligencji polskiej i zakrzyczała - mówiąc brutalnie - resztę. Zakrzyczeni już mieli dość i postanowili się spotkać". Wśród kilkuset uczestników konferencji - według niego - przeważają "akademicy, profesorowie, adiunkci wyższych uczelni". "Zainteresowanie jest ogromne, nawet nie przypuszczaliśmy że będzie tak wielkie" - ocenił.
Według Legutki, konferencja jest "początkiem czegoś, co można by nazwać długofalowym projektem namysłu nad Rzeczpospolitą".
"To nie tylko spotkania, ale również zespoły analityczne, koncepcyjne, które mam nadzieję z tego spotkania się wyłonią" - powiedział.
Otwierając konferencję Legutko powiedział z kolei, że przed polską inteligencją nadal stoi zadanie stworzenia nowej formuły państwa, alternatywnej dla tej panującej po 1989 roku. Według niego, poprzednia koncepcja została skompromitowana w roku 2005 roku i od tego czasu nie stało się nic, co unieważniałoby tę diagnozę. W jego opinii, ostatnie wybory nie przyniosły żadnego nowego bodźca rozpoczętym dwa lata wcześniej (po wygranej PiS) zmianom. I dlatego - jak mówił - zadanie, które realnie stanęło przed polską inteligencją w roku 2005, nadal czeka na realizację.
Natomiast senator Terlecki odczytał apel, w którym uczestnicy konferencji postulują wstrzymanie prac nad znajdującym się w Sejmie projektem nowelizacji ustawy medialnej oraz utrzymanie abonamentu. Jak mówił, projekt nowelizacji zakłada "rozciągnięcie władzy rządu nad mediami publicznymi".
W piątek po kilkugodzinnej, burzliwej debacie przygotowany przez PO projekt zmieniający dotychczasową ustawą o radiofonii i telewizji trafił do dalszych prac w komisjach. PO i LiD zgłosiły kilka poprawek, które znacząco zmieniają kształt projektu. PiS wnioskowało o odrzucenie go w całości.
"Wiarygodność Dochnala całkowicie zerowa"
Prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział w sobotę, że ani on, ani b.minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro "nie mieli nic wspólnego" z tym, jak długo przebywał w areszcie b.lobbysta Marek Dochnal. Ocenił też, że wiarygodność Dochnala jest "całkowicie zerowa".
W sobotnim wywiadzie dla RMF FM i "Newsweeka" b.lobbysta mówił m.in., że można postawić tezę o tym, że ekipa PiS trzymała go tak długo w areszcie, by chronić interesy Ryszarda Krauzego w Kazachstanie. Zasugerował, że chodzi o to, że Krauzemu zależało na polach naftowych, którymi wcześniej on sam był zainteresowany.
"Proszę zauważyć, że Zbigniew Ziobro - ówczesny minister sprawiedliwości - żywo interesował się moją sytuacją. Są nawet ślady ingerencji w przebieg śledztw. Chciał je ukierunkowywać -to jest taka bardzo bezpośrednia ingerencja. W rozmowie z pewnym dziennikarzem powiedział prywatnie, że każdy dzień mojego pobytu w areszcie jest bardzo ważny dla PiS" - mówił Dochnal.
"Bardzo bym prosił, by nie pytać mnie o twierdzenia tego pana, którego wiarygodność jest całkowicie zerowa" - powiedział J.Kaczyński pytany o sprawę przez dziennikarzy po konferencji intelektualistów PiS.
"Ja nie wiem, dlaczego tak długo (Dochnal) siedział w areszcie, nie miałem z tym nic wspólnego, nigdy w życiu jako premier nie rozmawiałem o panu Dochnalu" - podkreślił J.Kaczyński.
Dopytywany, czy minister Ziobro także nie miał z tym nic wspólnego, odparł: "z całą pewnością nie miał z tym nic wspólnego".
"Twórczość pana Dochnala po opuszczeniu więzienia jest rzeczywiście bogata, ale radziłbym do wszystkich jej elementów podchodzić w z wielkim dystansem" - zaznaczył prezes PiS.
Dochnal spędził w areszcie ponad 3 lata. Wyszedł na wolność 31 stycznia. Prokuratura domagała się kolejnego przedłużenia mu aresztu - do 31 maja - jednak warszawski sąd okręgowy nie uwzględnił tego wniosku. Znany lobbysta został aresztowany we wrześniu 2004 r. w związku ze śledztwem prowadzonym wspólnie przez Prokuraturę Apelacyjną w Łodzi i łódzką ABW, dotyczącym "korupcji funkcjonariuszy pełniących funkcje publiczne". Chodziło o korumpowanie b. "barona" SLD w Łódzkiem i b. posła Andrzeja Pęczaka. Potem był aresztowany za przestępstwa gospodarcze.
Pierwsze z tych śledztw zakończyło się już aktem oskarżenia. Ciągle toczy się drugie, prowadzone już przez prokuraturę w Katowicach, w którym lobbysta jest podejrzany o pranie brudnych pieniędzy - według nieoficjalnych informacji chodzi o 70 mln zł - a także przestępstwa przeciwko dokumentom i udział w obrocie środkami odurzającymi.
Inne, ciągle prowadzone postępowania, w których pojawia się nazwisko lobbysty, dotyczą m.in. prywatyzacji Cementowni Ożarów, Polskich Hut Stali oraz zamiarów prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. Reszta wyodrębnionych wątków dotyczy sprawy darczyńców Fundacji "Porozumienie bez Barier" Jolanty Kwaśniewskiej oraz ułaskawienia w 1999 r. przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Petera Vogla, skazanego za mord na kobiecie.
W sobotnim wywiadzie dla RMF FM i "Newsweeka" b.lobbysta mówił m.in., że można postawić tezę o tym, że ekipa PiS trzymała go tak długo w areszcie, by chronić interesy Ryszarda Krauzego w Kazachstanie. Zasugerował, że chodzi o to, że Krauzemu zależało na polach naftowych, którymi wcześniej on sam był zainteresowany.
"Proszę zauważyć, że Zbigniew Ziobro - ówczesny minister sprawiedliwości - żywo interesował się moją sytuacją. Są nawet ślady ingerencji w przebieg śledztw. Chciał je ukierunkowywać -to jest taka bardzo bezpośrednia ingerencja. W rozmowie z pewnym dziennikarzem powiedział prywatnie, że każdy dzień mojego pobytu w areszcie jest bardzo ważny dla PiS" - mówił Dochnal.
"Bardzo bym prosił, by nie pytać mnie o twierdzenia tego pana, którego wiarygodność jest całkowicie zerowa" - powiedział J.Kaczyński pytany o sprawę przez dziennikarzy po konferencji intelektualistów PiS.
"Ja nie wiem, dlaczego tak długo (Dochnal) siedział w areszcie, nie miałem z tym nic wspólnego, nigdy w życiu jako premier nie rozmawiałem o panu Dochnalu" - podkreślił J.Kaczyński.
Dopytywany, czy minister Ziobro także nie miał z tym nic wspólnego, odparł: "z całą pewnością nie miał z tym nic wspólnego".
"Twórczość pana Dochnala po opuszczeniu więzienia jest rzeczywiście bogata, ale radziłbym do wszystkich jej elementów podchodzić w z wielkim dystansem" - zaznaczył prezes PiS.
Dochnal spędził w areszcie ponad 3 lata. Wyszedł na wolność 31 stycznia. Prokuratura domagała się kolejnego przedłużenia mu aresztu - do 31 maja - jednak warszawski sąd okręgowy nie uwzględnił tego wniosku. Znany lobbysta został aresztowany we wrześniu 2004 r. w związku ze śledztwem prowadzonym wspólnie przez Prokuraturę Apelacyjną w Łodzi i łódzką ABW, dotyczącym "korupcji funkcjonariuszy pełniących funkcje publiczne". Chodziło o korumpowanie b. "barona" SLD w Łódzkiem i b. posła Andrzeja Pęczaka. Potem był aresztowany za przestępstwa gospodarcze.
Pierwsze z tych śledztw zakończyło się już aktem oskarżenia. Ciągle toczy się drugie, prowadzone już przez prokuraturę w Katowicach, w którym lobbysta jest podejrzany o pranie brudnych pieniędzy - według nieoficjalnych informacji chodzi o 70 mln zł - a także przestępstwa przeciwko dokumentom i udział w obrocie środkami odurzającymi.
Inne, ciągle prowadzone postępowania, w których pojawia się nazwisko lobbysty, dotyczą m.in. prywatyzacji Cementowni Ożarów, Polskich Hut Stali oraz zamiarów prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. Reszta wyodrębnionych wątków dotyczy sprawy darczyńców Fundacji "Porozumienie bez Barier" Jolanty Kwaśniewskiej oraz ułaskawienia w 1999 r. przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Petera Vogla, skazanego za mord na kobiecie.
Wichura łamie drzewa jak zapałki
Połamane drzewa, zerwane dachy i uszkodzone trakcje kolejowe - to efekty orkanu Emma, który od soboty rano szaleje nad Polską. Synoptycy ostrzegają: główne uderzenie orkanu nastąpi w nocy z soboty na niedzielę.
Jak informowała PAP w sobotę po południu Państwowa Straż Pożarna, większość z kilkuset interwencji strażaków, dotyczyła usuwania połamanych przez wichurę drzew.
Zdarzały się poważniejsze akcje jak np. na obwodnicy Krakowa, gdzie wichura przewróciła ciężarówkę ze styropianem. Z powodu konieczności usunięcia samochodu, policja wprowadziła tam ruch wahadłowy. W Przeciszowie i Brzeszczach wiatr zerwał dachy na budynkach mieszkalnych.
Bardzo silny wiatr daje się w sobotę we znaki w rejonie Beskidów. W wielu miejscach zerwane są dachy domów. Do strażaków wciąż napływają kolejne zgłoszenia o połamanych drzewach, które leżą na drogach. Sporo pracy mają energetycy; awarie wywołane przez wiatr występują niemal wszędzie, najwięcej na Śląsku Cieszyńskim.
Z informacji strażaków wynika, że najtrudniejsza sytuacja jest w powiecie oświęcimskim i na Śląsku Cieszyńskim.
W sobotę w południe prędkość wiatru na Kasprowym Wierchu nie przekraczała 100 km/godz., a w Zakopanem 50 km/godz. Kulminacji huraganu Emma w Tatrach i na Podhalu spodziewana jest w nocy z soboty na niedzielę - poinformował PAP kierownik stacji hydrologiczno - meteorologicznej IMGW w Zakopanem, Michał Furmnek.
Według Furmanka, w górach w nocy z soboty na niedzielę wiatr w porywach może osiągać około 150 km/godz., a na Podhalu nie powinien przekroczyć 120 km/godz.
Jego zdaniem, docierając na Podhale, huragan osłabnie i nie osiągnie prędkości takiej jak w 1968 roku. Wtedy na Kasprowym Wierchu zanotowano porywy ponad 300 a w Zakopanem około 250 km/godz.
W Świętokrzyskiem straż pożarna interweniowała tam po południu ponad 20 razy. Na budynku mieszkalnym w Zagórzycach w pow. kazimierskim i w Parszowie (pow. starachowicki) targane silnym wiatrem drzewo uszkodziło poszycie dachu, a w Królewicach (Kazimierskie) strażacy pomagali stabilizować naruszoną konstrukcję dachu na budynku dopiero wznoszonym.
W kilkunastu miejscach usuwano z dróg odłamane konary i przewrócone drzewa. W Suchedniowie przy ul. Bodzentyńskiej wyrwane przez nawałnicę drzewo uszkodziło linię energetyczną. Alarm przeciwpowodziowy ogłoszono w sobotę w Jeleniej Górze (Dolnośląskie). Poziom wody w rzece Kamienna, przepływającej przez miasto, w czterech miejscach przekroczył stan alarmowy o 16 cm. W regionie wieje silny wiatr, dochodzący do 80-100 km na godzinę.
Woda podniosła się także w innych rejonach woj. dolnośląskiego: w Szalejowie, Bystrzycy Kłodzkiej, Kowarach, Jakuszycach i Piechowicach.
Jak poinformował PAP w sobotę Marian Sierko z centrum zarządzania kryzysowego Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego, prezydent Jeleniej Góry ogłosił alarm przeciwpowodziowy dla całego miasta.
Dwa promy - "Galileusz" i "Kopernik" - z obawy przed nadejściem orkanu Emma nie wyszły w sobotę w morze ze Świnoujścia - poinformowano PAP w Wojewódzkim Centrum Zarządzania Kryzysowego w Szczecinie. godzinę.
Na Górnym Śląsku najwięcej interwencji strażacy notują w okolicach Gliwic, Sosnowca i na południu regionu.
Na terenie gliwickiego Zakładu Linii Kolejowych odnotowano sześć awarii, ekipy usuwają je korzystając z czterech pociągów sieciowych. Drzewa spadły na m.in. trakcję kolejową w Gliwicach- Łabędach.
Do utrudnień w ruchu pociągów doszło też na towarowym szlaku Żory- Warszowice oraz Olza-Wodzisław, Rudziniec-Sławięcice, Ruda-Zabrze i Orzesze Jaśkowice-Czerwionka. Zwłaszcza awaria na tym ostatnim odcinku to duży kłopot - to bardzo uczęszczana trasa, a prowadzi tamtędy tylko jeden tor.
Do kilku awarii doszło też na terenie katowickiego Zakładu Linii Kolejowych. Służbom kolejowym udało się już przywrócić ruch na szlaku Sól-Zwardoń, trwa usuwanie uszkodzeń trakcji pomiędzy Solą a Rajczą i Wisłą Głębce-Wisłą Uzdrowisko.
Jak informowała PAP w sobotę po południu Państwowa Straż Pożarna, większość z kilkuset interwencji strażaków, dotyczyła usuwania połamanych przez wichurę drzew.
Zdarzały się poważniejsze akcje jak np. na obwodnicy Krakowa, gdzie wichura przewróciła ciężarówkę ze styropianem. Z powodu konieczności usunięcia samochodu, policja wprowadziła tam ruch wahadłowy. W Przeciszowie i Brzeszczach wiatr zerwał dachy na budynkach mieszkalnych.
Bardzo silny wiatr daje się w sobotę we znaki w rejonie Beskidów. W wielu miejscach zerwane są dachy domów. Do strażaków wciąż napływają kolejne zgłoszenia o połamanych drzewach, które leżą na drogach. Sporo pracy mają energetycy; awarie wywołane przez wiatr występują niemal wszędzie, najwięcej na Śląsku Cieszyńskim.
Z informacji strażaków wynika, że najtrudniejsza sytuacja jest w powiecie oświęcimskim i na Śląsku Cieszyńskim.
W sobotę w południe prędkość wiatru na Kasprowym Wierchu nie przekraczała 100 km/godz., a w Zakopanem 50 km/godz. Kulminacji huraganu Emma w Tatrach i na Podhalu spodziewana jest w nocy z soboty na niedzielę - poinformował PAP kierownik stacji hydrologiczno - meteorologicznej IMGW w Zakopanem, Michał Furmnek.
Według Furmanka, w górach w nocy z soboty na niedzielę wiatr w porywach może osiągać około 150 km/godz., a na Podhalu nie powinien przekroczyć 120 km/godz.
Jego zdaniem, docierając na Podhale, huragan osłabnie i nie osiągnie prędkości takiej jak w 1968 roku. Wtedy na Kasprowym Wierchu zanotowano porywy ponad 300 a w Zakopanem około 250 km/godz.
W Świętokrzyskiem straż pożarna interweniowała tam po południu ponad 20 razy. Na budynku mieszkalnym w Zagórzycach w pow. kazimierskim i w Parszowie (pow. starachowicki) targane silnym wiatrem drzewo uszkodziło poszycie dachu, a w Królewicach (Kazimierskie) strażacy pomagali stabilizować naruszoną konstrukcję dachu na budynku dopiero wznoszonym.
W kilkunastu miejscach usuwano z dróg odłamane konary i przewrócone drzewa. W Suchedniowie przy ul. Bodzentyńskiej wyrwane przez nawałnicę drzewo uszkodziło linię energetyczną. Alarm przeciwpowodziowy ogłoszono w sobotę w Jeleniej Górze (Dolnośląskie). Poziom wody w rzece Kamienna, przepływającej przez miasto, w czterech miejscach przekroczył stan alarmowy o 16 cm. W regionie wieje silny wiatr, dochodzący do 80-100 km na godzinę.
Woda podniosła się także w innych rejonach woj. dolnośląskiego: w Szalejowie, Bystrzycy Kłodzkiej, Kowarach, Jakuszycach i Piechowicach.
Jak poinformował PAP w sobotę Marian Sierko z centrum zarządzania kryzysowego Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego, prezydent Jeleniej Góry ogłosił alarm przeciwpowodziowy dla całego miasta.
Dwa promy - "Galileusz" i "Kopernik" - z obawy przed nadejściem orkanu Emma nie wyszły w sobotę w morze ze Świnoujścia - poinformowano PAP w Wojewódzkim Centrum Zarządzania Kryzysowego w Szczecinie. godzinę.
Na Górnym Śląsku najwięcej interwencji strażacy notują w okolicach Gliwic, Sosnowca i na południu regionu.
Na terenie gliwickiego Zakładu Linii Kolejowych odnotowano sześć awarii, ekipy usuwają je korzystając z czterech pociągów sieciowych. Drzewa spadły na m.in. trakcję kolejową w Gliwicach- Łabędach.
Do utrudnień w ruchu pociągów doszło też na towarowym szlaku Żory- Warszowice oraz Olza-Wodzisław, Rudziniec-Sławięcice, Ruda-Zabrze i Orzesze Jaśkowice-Czerwionka. Zwłaszcza awaria na tym ostatnim odcinku to duży kłopot - to bardzo uczęszczana trasa, a prowadzi tamtędy tylko jeden tor.
Do kilku awarii doszło też na terenie katowickiego Zakładu Linii Kolejowych. Służbom kolejowym udało się już przywrócić ruch na szlaku Sól-Zwardoń, trwa usuwanie uszkodzeń trakcji pomiędzy Solą a Rajczą i Wisłą Głębce-Wisłą Uzdrowisko.
Dwa promy nie wyszły w morze z obawy wichurą
Dwa promy - "Galileusz" i "Kopernik" - z obawy przed nadejściem orkanu Emma nie wyszły w sobotę w morze ze Świnoujścia - poinformowano PAP w Wojewódzkim Centrum Zarządzania Kryzysowego w Szczecinie.
Normalnie pracuje lotnisko w Goleniowie i kolej - zapewnił dyżurny WCZK.
Od rana w sobotę do godz. 15 Państwowa Wojewódzka Straż Pożarna w Szczecinie otrzymała zaledwie trzy zgłoszenia o przechylonych drzewach, dotyczące różnych miejsc w obrębie Pomorza Zachodniego. "Drzewa te były nagięte nad budynkami, ale nie wiemy, czy to spowodował wiatr, czy może się przechyliły ze starości" - dodał dyżurny PWSP. "Jak na razie w regionie jest spokojnie" - zapewnił.
Zdaniem dyżurnego meteorologa z biura prognoz w Szczecinie mimo rosnącej stopniowo siły wiatru, wydaje się, że najbardziej zagrożone są regiony na południe od woj. zachodniopomorskiego, leżące wzdłuż zachodniej granicy, oraz centralna Polska.
Synoptyk przypomniał, że kulminacja orkanu na Pomorzu Zachodnim spodziewana jest w sobotę przed północą. "Obecnie w regionie porywy wiatru co jakiś czas osiągają prędkość do 20 m/s i siła wiatru ciągle rośnie, choć w Szczecinie i Świnoujściu jeszcze takiej prędkości nie było, wiatr w porywach wiał dotąd z siłą 17m/s" - powiedział.
Normalnie pracuje lotnisko w Goleniowie i kolej - zapewnił dyżurny WCZK.
Od rana w sobotę do godz. 15 Państwowa Wojewódzka Straż Pożarna w Szczecinie otrzymała zaledwie trzy zgłoszenia o przechylonych drzewach, dotyczące różnych miejsc w obrębie Pomorza Zachodniego. "Drzewa te były nagięte nad budynkami, ale nie wiemy, czy to spowodował wiatr, czy może się przechyliły ze starości" - dodał dyżurny PWSP. "Jak na razie w regionie jest spokojnie" - zapewnił.
Zdaniem dyżurnego meteorologa z biura prognoz w Szczecinie mimo rosnącej stopniowo siły wiatru, wydaje się, że najbardziej zagrożone są regiony na południe od woj. zachodniopomorskiego, leżące wzdłuż zachodniej granicy, oraz centralna Polska.
Synoptyk przypomniał, że kulminacja orkanu na Pomorzu Zachodnim spodziewana jest w sobotę przed północą. "Obecnie w regionie porywy wiatru co jakiś czas osiągają prędkość do 20 m/s i siła wiatru ciągle rośnie, choć w Szczecinie i Świnoujściu jeszcze takiej prędkości nie było, wiatr w porywach wiał dotąd z siłą 17m/s" - powiedział.
Gowin i Sikorski w zarządzie krajowym PO
Radosław Sikorski i Jarosław Gowin weszli do zarządu krajowego Platformy Obywatelskiej - zdecydowała Rada Krajowa PO, która obradowała w sobotę w Warszawie.
Premier Donald Tusk zapowiedział m.in. likwidację abonamentu radiowo-telewizyjnego (najpierw dla emerytów) oraz uchylenie podatku Belki - w pierwszej połowie kadencji, w części dotyczącej oszczędności, później dla transakcji giełdowych.
Do końca marca ma powstać projekt abolicji podatkowej dla Polaków pracujących za granicą (za okres, kiedy ich zarobki podlegały podwójnemu opodatkowaniu).
Aby "zrobić miejsce" dla Gowina, z zarządu odszedł Andrzej Czerwiński. Obaj są z Małopolski, Platforma chciała uniknąć nadreprezentacji tego regionu. Jednocześnie Gowin zrezygnuje z funkcji wiceszefa klubu; a na jego miejsce wejdzie Czerwiński.
Tusk mówił, że Sikorski i Gowin stali się jednymi z przywódców Platformy, "nową siłą", a ich pozycja w partii uzasadnia ich awans. Zapewnił, że nie boi się - jak twierdzą media - ambicji prezydenckich Sikorskiego. "Bardzo lubię mieć wokół siebie ludzi zdecydowanych, ambitnych i +do przodu+" - zaznaczył.
Sikorski nazwał się "skrzydłowym w drużynie Tuska". "Staram się realizować jego politykę zagraniczną, cieszę się, że zostało to zauważone" - powiedział szef MSZ.
Gowin poinformował, że będzie się chciał skupić m.in. na relacjach z Kościołem i na sprawach bioetyki.
Premier zapowiedział, że w przyszłym tygodniu klub Platformy złoży do marszałka Sejmu projekt ustawy, który przewiduje zniesienie abonamentu rtv dla emerytów. Drugim krokiem - mówił - będzie zniesienie abonamentu dla wszystkich. "Abonament jest ciężarem archaicznym" - ocenił szef rządu.
Tusk powiedział, że w pierwszej połowie kadencji będzie chciał uchylić podatek Belki w części opodatkowującej oszczędności. W końcu kadencji rząd będzie chciał zlikwidować ten podatek w części dotyczącej transakcji giełdowych.
Obecnie 19-procentowy tzw. podatek Belki płacimy od zysków z funduszy inwestycyjnych, giełdy, odsetek od lokat bankowych i oprocentowanych kont.
Tusk argumentował, że chce najpierw uchylić podatek Belki w części dotyczącej oszczędności, bo obciąża on niezamożnych Polaków. Podkreślał, że rząd jest odpowiedzialny za "harmonijne", ale i "odpowiedzialne" znoszenie i obniżanie podatków.
Premier zapowiedział też, że Platforma będzie przekonywać w parlamencie do jednomandatowych okręgów w wyborach samorządowych i do bezpośredniego wyboru starostów.
Apelował do Rady Krajowej o wsparcie działań deregulacyjnych, aby "oczyścić polskie życie z nadmiernej ilości przepisów, koncesji, nakazów, zakazów".
"To jest być może najważniejsze zadanie Platformy Obywatelskiej - uwolnienie energii Polaków (...) od nadmiernych roszczeń biurokracji, fiskusa i władzy politycznej, to jest zadanie naprawdę epokowe" - mówił szef rządu.
Minister spraw wewnętrznych i administracji Grzegorz Schetyna zapowiedział, że do marca 2009 roku będzie przeprowadzony audyt wewnętrzny i zewnętrzny Platformy Obywatelskiej. Ma on doprowadzić do stworzenia sieci organizacyjnej partii w całym kraju z pełnomocnikiem Platformy w każdej gminie.
O audycie mówił, że będzie inwentaryzacją Platformy, jej struktur, majątku, zasobów, wartości, walorów, także tych personalnych.
Etap wewnętrzny audytu ma potrwać do jesieni. Polegać ma na "inwentaryzacji" struktur powiatowych i wojewódzkich. Z kolei druga część audytu to - jak mówił Schetyna - "zewnętrzne sprawdzenie struktury, formy odbioru, jak ludzie odbierają posłów, radnych, jak funkcjonują biura poselskie (Platformy), jak współpracują ludzie Platformy w gminie, powiecie i w województwie".
Sekretarz generalny PO zapowiedział, że efektem audytu ma być przygotowanie "mapy Platformy Obywatelskiej". "Ta mapa to pokazanie naszej siły, ale także słabości" - powiedział szef MSWiA.
Schetyna mówił też o planach przyszłych kampanii wyborczych PO. W marcu 2009 r. Platforma Obywatelska rozpocznie pierwszą kampanię wyborczą - przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w czerwcu 2009 r. W maju lub czerwcu 2010 r. Platforma chce rozpocząć dwutorową kampanię przed wyborami samorządowymi (jesień 2010 r.) i wyborami prezydenckimi (grudzień 2010 r.).
"To musi być jedna kampania. Zwycięska kampania - od poziomu podstawowego, po ten wieńczący, czyli wybór prezydenta" - przekonywał Schetyna.
Przypomniał, że w lipcu 2011 r. Polska przejmie na pół roku prezydencję w Unii Europejskiej. "Być może będziemy proponować przesunięcie wyborów parlamentarnych na pierwszą połowę, czyli na maj lub czerwiec 2011 roku. Trudno wyobrazić sobie prowadzenie prezydencji i równoległe prowadzenie kampanii wyborczej" - mówił Schetyna.
Premier Donald Tusk zapowiedział m.in. likwidację abonamentu radiowo-telewizyjnego (najpierw dla emerytów) oraz uchylenie podatku Belki - w pierwszej połowie kadencji, w części dotyczącej oszczędności, później dla transakcji giełdowych.
Do końca marca ma powstać projekt abolicji podatkowej dla Polaków pracujących za granicą (za okres, kiedy ich zarobki podlegały podwójnemu opodatkowaniu).
Aby "zrobić miejsce" dla Gowina, z zarządu odszedł Andrzej Czerwiński. Obaj są z Małopolski, Platforma chciała uniknąć nadreprezentacji tego regionu. Jednocześnie Gowin zrezygnuje z funkcji wiceszefa klubu; a na jego miejsce wejdzie Czerwiński.
Tusk mówił, że Sikorski i Gowin stali się jednymi z przywódców Platformy, "nową siłą", a ich pozycja w partii uzasadnia ich awans. Zapewnił, że nie boi się - jak twierdzą media - ambicji prezydenckich Sikorskiego. "Bardzo lubię mieć wokół siebie ludzi zdecydowanych, ambitnych i +do przodu+" - zaznaczył.
Sikorski nazwał się "skrzydłowym w drużynie Tuska". "Staram się realizować jego politykę zagraniczną, cieszę się, że zostało to zauważone" - powiedział szef MSZ.
Gowin poinformował, że będzie się chciał skupić m.in. na relacjach z Kościołem i na sprawach bioetyki.
Premier zapowiedział, że w przyszłym tygodniu klub Platformy złoży do marszałka Sejmu projekt ustawy, który przewiduje zniesienie abonamentu rtv dla emerytów. Drugim krokiem - mówił - będzie zniesienie abonamentu dla wszystkich. "Abonament jest ciężarem archaicznym" - ocenił szef rządu.
Tusk powiedział, że w pierwszej połowie kadencji będzie chciał uchylić podatek Belki w części opodatkowującej oszczędności. W końcu kadencji rząd będzie chciał zlikwidować ten podatek w części dotyczącej transakcji giełdowych.
Obecnie 19-procentowy tzw. podatek Belki płacimy od zysków z funduszy inwestycyjnych, giełdy, odsetek od lokat bankowych i oprocentowanych kont.
Tusk argumentował, że chce najpierw uchylić podatek Belki w części dotyczącej oszczędności, bo obciąża on niezamożnych Polaków. Podkreślał, że rząd jest odpowiedzialny za "harmonijne", ale i "odpowiedzialne" znoszenie i obniżanie podatków.
Premier zapowiedział też, że Platforma będzie przekonywać w parlamencie do jednomandatowych okręgów w wyborach samorządowych i do bezpośredniego wyboru starostów.
Apelował do Rady Krajowej o wsparcie działań deregulacyjnych, aby "oczyścić polskie życie z nadmiernej ilości przepisów, koncesji, nakazów, zakazów".
"To jest być może najważniejsze zadanie Platformy Obywatelskiej - uwolnienie energii Polaków (...) od nadmiernych roszczeń biurokracji, fiskusa i władzy politycznej, to jest zadanie naprawdę epokowe" - mówił szef rządu.
Minister spraw wewnętrznych i administracji Grzegorz Schetyna zapowiedział, że do marca 2009 roku będzie przeprowadzony audyt wewnętrzny i zewnętrzny Platformy Obywatelskiej. Ma on doprowadzić do stworzenia sieci organizacyjnej partii w całym kraju z pełnomocnikiem Platformy w każdej gminie.
O audycie mówił, że będzie inwentaryzacją Platformy, jej struktur, majątku, zasobów, wartości, walorów, także tych personalnych.
Etap wewnętrzny audytu ma potrwać do jesieni. Polegać ma na "inwentaryzacji" struktur powiatowych i wojewódzkich. Z kolei druga część audytu to - jak mówił Schetyna - "zewnętrzne sprawdzenie struktury, formy odbioru, jak ludzie odbierają posłów, radnych, jak funkcjonują biura poselskie (Platformy), jak współpracują ludzie Platformy w gminie, powiecie i w województwie".
Sekretarz generalny PO zapowiedział, że efektem audytu ma być przygotowanie "mapy Platformy Obywatelskiej". "Ta mapa to pokazanie naszej siły, ale także słabości" - powiedział szef MSWiA.
Schetyna mówił też o planach przyszłych kampanii wyborczych PO. W marcu 2009 r. Platforma Obywatelska rozpocznie pierwszą kampanię wyborczą - przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w czerwcu 2009 r. W maju lub czerwcu 2010 r. Platforma chce rozpocząć dwutorową kampanię przed wyborami samorządowymi (jesień 2010 r.) i wyborami prezydenckimi (grudzień 2010 r.).
"To musi być jedna kampania. Zwycięska kampania - od poziomu podstawowego, po ten wieńczący, czyli wybór prezydenta" - przekonywał Schetyna.
Przypomniał, że w lipcu 2011 r. Polska przejmie na pół roku prezydencję w Unii Europejskiej. "Być może będziemy proponować przesunięcie wyborów parlamentarnych na pierwszą połowę, czyli na maj lub czerwiec 2011 roku. Trudno wyobrazić sobie prowadzenie prezydencji i równoległe prowadzenie kampanii wyborczej" - mówił Schetyna.
Policja rozbiła gang samochodowy
Zorganizowaną grupę przestępczą, która kradła samochody i rozbierała je na części, rozbiła śląska policja. W ręce policjantów wpadło pięć osób. Decyzją sądu zostali oni aresztowani.
Nadkomisarz Piotr Bieniak z zespołu prasowego śląskiej policji powiedział w sobotę PAP, że według szacunków funkcjonariuszy grupa ma na koncie kradzież co najmniej kilkudziesięciu aut. Policjantom udało się odzyskać część kradzionych samochodów i zabezpieczyć dużą część podzespołów.
Grupa działała od 2007 r. na południu Polski. Pięciu jej członków zatrzymali wspólnie policjanci z Chorzowa, Sosnowca i Wydziału do walki z Przestępczością Samochodową KWP w Katowicach.
"Zatrzymani to mieszkańcy Górnego Śląska i Zagłębia w wieku od 21 do 33 lat. Przedstawiono im kilkanaście zarzutów, m.in. kierowania lub udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, mającej na celu kradzieże i włamania do samochodów, a także posiadanie narkotyków" - powiedział Bieniak.
Szefem gangu był 32-letni Jacek F. Pozostali członkowie zlecali kradzieże aut, rozbierali je na części i rozprowadzali podzespoły wśród paserów. W toku śledztwa policjanci znaleźli kilka tzw. dziupli samochodowych, w których przestępcy ukrywali skradzione auta. Pojazdy były przechowywane zwykle w wynajmowanych garażach lub warsztatach, gdzie je demontowano.
Przestępcy zostali zatrzymani w tym samym czasie w dokładnie zaplanowanej akcji, w której uczestniczyło kilkudziesięciu policjantów. Podczas przeszukań znaleziono przy nich amunicję do broni palnej, pistolet gazowy oraz narkotyki. Chorzowski sąd zdecydował o tymczasowym aresztowaniu całej piątki; część z nich miała już wcześniej na koncie podobne przestępstwa. Podejrzanym może grozić do 5 lat więzienia.
Nadkomisarz Piotr Bieniak z zespołu prasowego śląskiej policji powiedział w sobotę PAP, że według szacunków funkcjonariuszy grupa ma na koncie kradzież co najmniej kilkudziesięciu aut. Policjantom udało się odzyskać część kradzionych samochodów i zabezpieczyć dużą część podzespołów.
Grupa działała od 2007 r. na południu Polski. Pięciu jej członków zatrzymali wspólnie policjanci z Chorzowa, Sosnowca i Wydziału do walki z Przestępczością Samochodową KWP w Katowicach.
"Zatrzymani to mieszkańcy Górnego Śląska i Zagłębia w wieku od 21 do 33 lat. Przedstawiono im kilkanaście zarzutów, m.in. kierowania lub udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, mającej na celu kradzieże i włamania do samochodów, a także posiadanie narkotyków" - powiedział Bieniak.
Szefem gangu był 32-letni Jacek F. Pozostali członkowie zlecali kradzieże aut, rozbierali je na części i rozprowadzali podzespoły wśród paserów. W toku śledztwa policjanci znaleźli kilka tzw. dziupli samochodowych, w których przestępcy ukrywali skradzione auta. Pojazdy były przechowywane zwykle w wynajmowanych garażach lub warsztatach, gdzie je demontowano.
Przestępcy zostali zatrzymani w tym samym czasie w dokładnie zaplanowanej akcji, w której uczestniczyło kilkudziesięciu policjantów. Podczas przeszukań znaleziono przy nich amunicję do broni palnej, pistolet gazowy oraz narkotyki. Chorzowski sąd zdecydował o tymczasowym aresztowaniu całej piątki; część z nich miała już wcześniej na koncie podobne przestępstwa. Podejrzanym może grozić do 5 lat więzienia.
Tusk o relacjach polsko-rosyjskich
Według premiera Donalda Tuska, nie należy oczekiwać radykalnych przełomów w stosunkach z Rosją. "Powinniśmy raczej umiejętnie korzystać z odmrożenia tych relacji, bo to odmrożenie stało się faktem" - powiedział szef rządu dziennikarzom w sobotę w Warszawie.
"Największym zadaniem w relacjach polsko-rosyjskich, to przyjęcie przez państwa unijne zasady, którą Polska promuje od lat - pełnej solidarności Unii, wobec partnerów zewnętrznych" -powiedział premier pytany o ocenę stosunków polsko-rosyjskich.
Jak dodał, będzie o tej zasadzie rozmawiał z przywódcami europejskimi na marcowej Radzie Europejskiej.
Premier podkreślił też, że liczy na zwiększenie wymiany handlowej z Rosją. "Polacy mają tam bardzo dobre interesy" - ocenił.
Dziennikarze pytali też premiera, czy w trakcie jego wizyty w USA - 8-10 marca - padnie z jego strony wstępna deklaracja akceptacji dla tarczy antyrakietowej. "Stany Zjednoczone, to wielkie mocarne państwo, Polska to średniej wielkości kraj europejski, ale do Waszyngtonu nie jadę, żeby coś zadeklarować. W kwestii tarczy powiem coś, w co głęboko wierzę - jadę posłuchać Amerykanów, a nie odwrotnie, coś im zadeklarować" - powiedział premier.
"Największym zadaniem w relacjach polsko-rosyjskich, to przyjęcie przez państwa unijne zasady, którą Polska promuje od lat - pełnej solidarności Unii, wobec partnerów zewnętrznych" -powiedział premier pytany o ocenę stosunków polsko-rosyjskich.
Jak dodał, będzie o tej zasadzie rozmawiał z przywódcami europejskimi na marcowej Radzie Europejskiej.
Premier podkreślił też, że liczy na zwiększenie wymiany handlowej z Rosją. "Polacy mają tam bardzo dobre interesy" - ocenił.
Dziennikarze pytali też premiera, czy w trakcie jego wizyty w USA - 8-10 marca - padnie z jego strony wstępna deklaracja akceptacji dla tarczy antyrakietowej. "Stany Zjednoczone, to wielkie mocarne państwo, Polska to średniej wielkości kraj europejski, ale do Waszyngtonu nie jadę, żeby coś zadeklarować. W kwestii tarczy powiem coś, w co głęboko wierzę - jadę posłuchać Amerykanów, a nie odwrotnie, coś im zadeklarować" - powiedział premier.
Tusk: jednomandatowe okręgi w wyborach samorządowych
Platforma Obywatelska będzie przekonywać w parlamencie do jednomandatowych okręgów w wyborach samorządowych i do bezpośredniego wyboru starostów - zapowiedział lider PO, premier Donald Tusk podczas sobotniej Rady Krajowej partii.
Premier apelował też do Rady Krajowej o wsparcie działań deregulacyjnych, aby "oczyścić polskie życie z nadmiernej ilości przepisów, koncesji, nakazów, zakazów".
Zobacz: Tusk zniesie podatek Belki i abonament
"To jest być może najważniejsze zadanie Platformy Obywatelskiej - uwolnienie energii Polaków (...) od nadmiernych roszczeń biurokracji, fiskusa i władzy politycznej, to jest zadanie naprawdę epokowe" - mówił szef rządu.
Premier apelował też do Rady Krajowej o wsparcie działań deregulacyjnych, aby "oczyścić polskie życie z nadmiernej ilości przepisów, koncesji, nakazów, zakazów".
Zobacz: Tusk zniesie podatek Belki i abonament
"To jest być może najważniejsze zadanie Platformy Obywatelskiej - uwolnienie energii Polaków (...) od nadmiernych roszczeń biurokracji, fiskusa i władzy politycznej, to jest zadanie naprawdę epokowe" - mówił szef rządu.
Podatek Belki jednak zniknie?
Premier Donald Tusk zapowiedział, że w pierwszej połowie kadencji będzie chciał uchylić podatek Belki w części opodatkowującej oszczędności.
W końcu kadencji - mówił - rząd będzie chciał zlikwidować ten podatek w części dotyczącej transakcji giełdowych.
Obecnie 19-procentowy tzw. podatek Belki płacimy od zysków z funduszy inwestycyjnych, giełdy, odsetek od lokat bankowych i oprocentowanych kont.
Tusk argumentował, że chce najpierw uchylić podatek Belki w części dotyczącej oszczędności, bo obciąża on niezamożnych Polaków. Podkreślał, że rząd jest odpowiedzialny za "harmonijne", ale i "odpowiedzialne" znoszenie i obniżanie podatków.
W końcu kadencji - mówił - rząd będzie chciał zlikwidować ten podatek w części dotyczącej transakcji giełdowych.
Obecnie 19-procentowy tzw. podatek Belki płacimy od zysków z funduszy inwestycyjnych, giełdy, odsetek od lokat bankowych i oprocentowanych kont.
Tusk argumentował, że chce najpierw uchylić podatek Belki w części dotyczącej oszczędności, bo obciąża on niezamożnych Polaków. Podkreślał, że rząd jest odpowiedzialny za "harmonijne", ale i "odpowiedzialne" znoszenie i obniżanie podatków.
Obraduje Rada Krajowa PO
Rada Krajowa PO, która w sobotę po godz.11 rozpoczęła obrady w Warszawie, ma poszerzyć zarząd krajowy partii o Radosława Sikorskiego i Jarosława Gowina.
W 15-osobowym zarządzie zasiada teraz 14 osób, najprawdopodobniej, aby zrobić miejsce dla Gowina, z zarządu odejdzie ktoś z Małopolski - Andrzej Czerwiński albo Urszula Augustyn, tak, aby uniknąć nadreprezentacji tego regionu.
Rada Krajowa ma omówić sytuację w PO po stu dniach rządu, a sekretarz generalny Grzegorz Schetyna przedstawi koncepcję zarządzania partią po wyborach.
W 15-osobowym zarządzie zasiada teraz 14 osób, najprawdopodobniej, aby zrobić miejsce dla Gowina, z zarządu odejdzie ktoś z Małopolski - Andrzej Czerwiński albo Urszula Augustyn, tak, aby uniknąć nadreprezentacji tego regionu.
Rada Krajowa ma omówić sytuację w PO po stu dniach rządu, a sekretarz generalny Grzegorz Schetyna przedstawi koncepcję zarządzania partią po wyborach.
PiS chce człowieka Kwaśniewskiego na ambasadora
Pałac Prezydencki ciepło myśli o byłym szefie gabinetu Aleksandra Kwaśniewskiego - Waldemarze Dubaniowskim. Wśród polityków PiS pojawił się pomysł, by bliskiego współpracownika byłego prezydenta mianować ambasadorem - pisze "Dziennik".
"Gdyby taki wniosek wpłynął, pan prezydent pewnie by się na to zgodził" - twierdzi osoba związana z Pałacem Prezydenckim. "Docierały do mnie takie sygnały" - potwierdza "Dziennikowi" Dubaniowski.
Po zakończonej prezydenturze Kwaśniewskiego Waldemar Dubaniowski z polityki zniknąć nie chciał. W 2006 r. rozważał start w wyborach na prezydenta Warszawy. Nie wszystkim politykom lewicy pomysł się spodobał - bo Dubaniowski byłby wówczas kontrkandydatem Marka Borowskiego. Bez entuzjazmu - bo Dubaniowski nie należy do żadnej partii - liderzy LiD zgodzili się na jego start w ostatnich wyborach parlamentarnych. Część z nich odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że Dubaniowski do Sejmu jednak się nie dostał.
Teraz kariera zawodowa "człowieka Kwaśniewskiego" toczy się nie wokół polityki, ale tenisa ziemnego - jest prezesem Polskiego Związku Tenisowego. Ale politycy o Dubaniowskim pamiętają. I co ciekawe, nie ci z lewicy, ale z prawicy. "Koledzy z LiD bardzo źle go potraktowali. Nie dostał pierwszego miejsca na liście. A przecież Dubaniowski ma taką klasę i wiedzę, że powinno się to wykorzystać" - mówi jeden z polityków PiS.
Dubaniowski, zdaniem znajomych, ma też żal do Kwaśniewskiego, że nie wsparł go w kampanii. Twierdzą, że nieprzypadkowo w ostatni wtorek podczas rozdania Srebrnych Ust radiowej "Trójki" Dubaniowski nie chciał w imieniu Kwaśniewskiego odebrać nagrody - odebrał ją polityk SLD Piotr Gadzinowski.
W Pałacu Prezydenckim zrodził się nawet pomysł, jak doświadczenie współpracownika Kwaśniewskiego wykorzystać. "W Kancelarii Prezydenta toczyły się takie dyskusje, że Dubaniowski jest człowiekiem, który mógłby reprezentować Polskę na poziomie ambasadora" - mówi "Dziennikowi" osoba blisko związana z Pałacem Prezydenckim. I podkreśla: "On spełnia wszystkie kryteria, by być ambasadorem. To nie jest człowiek, który ma coś na sumieniu. Dlatego nie ma powodów, by pana Dubaniowskiego nie skierować gdzieś do ambasady i nie skorzystać z jego wiedzy i znajomości świata".
Zdaniem informatorów "Dziennika", w grę wchodziły ambasady anglojęzyczne. Ale z zastrzeżeniem: nie te z pierwszej półki. "Powinien dostać może nie pierwszoszeregową ambasadę, ale z drugiego szeregu. Na strategiczną ambasadę pewnie nie miałby szans. Bo ambasadorem jest przedstawiciel państwa, ale też przedstawiciel pewnego obozu. Ale są też placówki, w których ambasador nie musi prowadzić agresywnej polityki państwa" - tłumaczy jeden z rozmówców gazety.
Oficjalnej propozycji Dubaniowski jednak nie dostał. Dlaczego? "Bo to nie pan prezydent wychodzi z inicjatywą i proponuje komuś placówkę. Ale gdyby pan Dubaniowski wyraził zainteresowanie konkretną placówką, nie sądzę, by pan prezydent mu odmówił" - przekonuje polityk PiS.
Według "Dziennika", Dubaniowski informacjami o tym, że PiS rozważało możliwość wysłania go na placówkę, nie jest zaskoczony. "Dochodziły do mnie takie słuchy, ale bardziej traktowałem to w kategoriach political fiction" - mówi. Czy byłby zainteresowany pracą ambasadora? "Reaguję tylko na oficjalne propozycje" - ucina.
"Gdyby taki wniosek wpłynął, pan prezydent pewnie by się na to zgodził" - twierdzi osoba związana z Pałacem Prezydenckim. "Docierały do mnie takie sygnały" - potwierdza "Dziennikowi" Dubaniowski.
Po zakończonej prezydenturze Kwaśniewskiego Waldemar Dubaniowski z polityki zniknąć nie chciał. W 2006 r. rozważał start w wyborach na prezydenta Warszawy. Nie wszystkim politykom lewicy pomysł się spodobał - bo Dubaniowski byłby wówczas kontrkandydatem Marka Borowskiego. Bez entuzjazmu - bo Dubaniowski nie należy do żadnej partii - liderzy LiD zgodzili się na jego start w ostatnich wyborach parlamentarnych. Część z nich odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że Dubaniowski do Sejmu jednak się nie dostał.
Teraz kariera zawodowa "człowieka Kwaśniewskiego" toczy się nie wokół polityki, ale tenisa ziemnego - jest prezesem Polskiego Związku Tenisowego. Ale politycy o Dubaniowskim pamiętają. I co ciekawe, nie ci z lewicy, ale z prawicy. "Koledzy z LiD bardzo źle go potraktowali. Nie dostał pierwszego miejsca na liście. A przecież Dubaniowski ma taką klasę i wiedzę, że powinno się to wykorzystać" - mówi jeden z polityków PiS.
Dubaniowski, zdaniem znajomych, ma też żal do Kwaśniewskiego, że nie wsparł go w kampanii. Twierdzą, że nieprzypadkowo w ostatni wtorek podczas rozdania Srebrnych Ust radiowej "Trójki" Dubaniowski nie chciał w imieniu Kwaśniewskiego odebrać nagrody - odebrał ją polityk SLD Piotr Gadzinowski.
W Pałacu Prezydenckim zrodził się nawet pomysł, jak doświadczenie współpracownika Kwaśniewskiego wykorzystać. "W Kancelarii Prezydenta toczyły się takie dyskusje, że Dubaniowski jest człowiekiem, który mógłby reprezentować Polskę na poziomie ambasadora" - mówi "Dziennikowi" osoba blisko związana z Pałacem Prezydenckim. I podkreśla: "On spełnia wszystkie kryteria, by być ambasadorem. To nie jest człowiek, który ma coś na sumieniu. Dlatego nie ma powodów, by pana Dubaniowskiego nie skierować gdzieś do ambasady i nie skorzystać z jego wiedzy i znajomości świata".
Zdaniem informatorów "Dziennika", w grę wchodziły ambasady anglojęzyczne. Ale z zastrzeżeniem: nie te z pierwszej półki. "Powinien dostać może nie pierwszoszeregową ambasadę, ale z drugiego szeregu. Na strategiczną ambasadę pewnie nie miałby szans. Bo ambasadorem jest przedstawiciel państwa, ale też przedstawiciel pewnego obozu. Ale są też placówki, w których ambasador nie musi prowadzić agresywnej polityki państwa" - tłumaczy jeden z rozmówców gazety.
Oficjalnej propozycji Dubaniowski jednak nie dostał. Dlaczego? "Bo to nie pan prezydent wychodzi z inicjatywą i proponuje komuś placówkę. Ale gdyby pan Dubaniowski wyraził zainteresowanie konkretną placówką, nie sądzę, by pan prezydent mu odmówił" - przekonuje polityk PiS.
Według "Dziennika", Dubaniowski informacjami o tym, że PiS rozważało możliwość wysłania go na placówkę, nie jest zaskoczony. "Dochodziły do mnie takie słuchy, ale bardziej traktowałem to w kategoriach political fiction" - mówi. Czy byłby zainteresowany pracą ambasadora? "Reaguję tylko na oficjalne propozycje" - ucina.
Wildstein: druga seksafera daje do myślenia
Historia prezydenta Olsztyna Czesława Małkowskiego powinna dać do myślenia tym, którzy w pełnej i bezwarunkowej decentralizacji upatrują leku na wszelkie zło w Polsce - akcentuje w "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein.
Małkowski aresztowany został pod zarzutami gwałtu i molestowania miesiąc po ujawnieniu jego postępków przez "Rz". Miał na sumieniu tego typu zachowania - i to wobec wielu kobiet - już od lat, a co najmniej od czasu, kiedy został przewodniczącym rady miasta - pierwsze zeznania dotyczą roku 2000.
Zobacz: Seksafera: Prezydent Olsztyna zatrzymany
Zarzuty wobec niego nie dotyczą wyłącznie spraw seksualnych. To oskarżenia o korupcję, działania na szkodę miasta, niegospodarność. Wszystkie umarzane przez miejscową prokuraturę, która dostała od prezydenta nowy budynek - pisze Wildstein.
Małkowski w PRL był cenzorem wojewódzkim. Po zmianie systemu zaczął robić karierę w SLD. Pokłócił się jednak z partią i założył własny komitet wyborczy. Od tego czasu karierę robił już bez przeszkód. Z wszystkimi ważnymi miał dobre układy. Chociaż miasto huczało o jego wyczynach i korupcji, nic mu to nie szkodziło. Kilka lat temu ukazał się nawet anonimowy paszkwil, w którego bohaterze każdy choć trochę zorientowany rozpoznawał Małkowskiego. Do oficjalnej opinii publicznej nic jednak nie przeciekało.
Dziennikarze "Rz" trafiali na ludzi zastraszonych potęgą i bezwzględnością Małkowskiego. Zastanawiające, że ani jedna wzmianka o sprawach, którymi żyło miasto, nie przeciekła do mediów, choć funkcjonują tam oddziały tak potężnych mediów ogólnopolskich jak TVP czy "Gazeta Wyborcza" - zauważa publicysta.
Oddelegowanie demokracji na jak najniższy szczebel jest sprawą pożądaną, ale powinno się odbywać przy spełnieniu określonych warunków. Społeczność lokalna musi mieć dobrze działające instytucje. W innym wypadku stosunkowo łatwo może paść ofiarą zorganizowanej sitwy przekształcającej się w rodzaj mafii. Zasada pomocniczości oznacza, że sprawy, które mogą być rozwiązane na poziomie niższym, nie powinny być przekazywane instytucjom na poziomie wyższym. W wypadku Olsztyna takie instytucje okazały się jednak konieczne - konkluduje w "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein.
Małkowski aresztowany został pod zarzutami gwałtu i molestowania miesiąc po ujawnieniu jego postępków przez "Rz". Miał na sumieniu tego typu zachowania - i to wobec wielu kobiet - już od lat, a co najmniej od czasu, kiedy został przewodniczącym rady miasta - pierwsze zeznania dotyczą roku 2000.
Zobacz: Seksafera: Prezydent Olsztyna zatrzymany
Zarzuty wobec niego nie dotyczą wyłącznie spraw seksualnych. To oskarżenia o korupcję, działania na szkodę miasta, niegospodarność. Wszystkie umarzane przez miejscową prokuraturę, która dostała od prezydenta nowy budynek - pisze Wildstein.
Małkowski w PRL był cenzorem wojewódzkim. Po zmianie systemu zaczął robić karierę w SLD. Pokłócił się jednak z partią i założył własny komitet wyborczy. Od tego czasu karierę robił już bez przeszkód. Z wszystkimi ważnymi miał dobre układy. Chociaż miasto huczało o jego wyczynach i korupcji, nic mu to nie szkodziło. Kilka lat temu ukazał się nawet anonimowy paszkwil, w którego bohaterze każdy choć trochę zorientowany rozpoznawał Małkowskiego. Do oficjalnej opinii publicznej nic jednak nie przeciekało.
Dziennikarze "Rz" trafiali na ludzi zastraszonych potęgą i bezwzględnością Małkowskiego. Zastanawiające, że ani jedna wzmianka o sprawach, którymi żyło miasto, nie przeciekła do mediów, choć funkcjonują tam oddziały tak potężnych mediów ogólnopolskich jak TVP czy "Gazeta Wyborcza" - zauważa publicysta.
Oddelegowanie demokracji na jak najniższy szczebel jest sprawą pożądaną, ale powinno się odbywać przy spełnieniu określonych warunków. Społeczność lokalna musi mieć dobrze działające instytucje. W innym wypadku stosunkowo łatwo może paść ofiarą zorganizowanej sitwy przekształcającej się w rodzaj mafii. Zasada pomocniczości oznacza, że sprawy, które mogą być rozwiązane na poziomie niższym, nie powinny być przekazywane instytucjom na poziomie wyższym. W wypadku Olsztyna takie instytucje okazały się jednak konieczne - konkluduje w "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein.
piątek, 22 lutego 2008
PO: koniec immunitetu i skazanych w sejmie
Platforma Obywatelska chce zlikwidować immunitet formalny parlamentarzystów i zakazać zasiadania w parlamencie osobom prawomocnie skazanym za przestępstwa umyślne ścigane z oskarżenia publicznego.
Odpowiednie projekty zmiany konstytucji przedstawili na piątkowej konferencji prasowej politycy Platformy.
Platforma chce wykreślenia z konstytucji ustępów 2, 3 i 4 art. 105, zgodnie z którymi od dnia ogłoszenia wyniku wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu parlamentarzysta bez zgody Sejmu nie może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a postępowanie wszczęte przed dniem wyboru na posła ulega zawieszeniu do dnia wygaśnięcia mandatu.
Platforma chce też wprowadzić do art. 99. konstytucji zapis stanowiący, że posłem lub senatorem nie może być osoba karana za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego, ani osoba wobec której wydano prawomocny wyrok warunkowo umarzający postępowanie karne w sprawie popełnienia analogicznego przestępstwa.
Sebastian Karpiniuk przedstawiając projekty zmiany konstytucji podkreślał, że opinia publiczna wielokrotnie była informowana o "skandalicznych" wydarzeniach związanych z osobami, które były traktowane jak "święte krowy". "Z osobami, które mogły nie ponosić odpowiedzialności tylko i wyłącznie dlatego, że posiadały immunitet" - mówił.
Platforma - deklarował - stoi na stanowisku, że jeśli w stosunku do polityków należy czegokolwiek oczekiwać, to "tylko zaostrzenia odpowiedzialności".
"Od poważnych ludzi, od urzędników, od polityków, od parlamentarzystów oczekuje się tego, aby ponosili zwiększoną odpowiedzialność za pracę, którą realizują" - zaznaczył polityk Platformy.
Zdaniem Karpiniuka, osoby, które są karane za przestępstwa pospolite, np. za jazdę po pijanemu, "za skandaliczne zachowanie", nie powinny chronić się za immunitetem parlamentarnym i nie mogą być inaczej traktowane niż zwykli obywatele. "Immunitet formalny powinniśmy uchylić, aby politycy byli traktowani jak normalni, zwykli obywatele" - dodał sekretarz klubu PO.
Platforma ocenia, że sytuacja w której w Sejmie mogą zasiadać osoby prawomocnie skazane, obniża prestiż parlamentu. "Takie osoby powinny być wykluczone z zasiadania w parlamencie. Takie przepisy obowiązują już w skali samorządów terytorialnych i rzeczą niezrozumiałą i niepoważną jest to, że takie przepisy nie obowiązują parlamentarzystów" - argumentował Karpiniuk.
Zgodnie z konstytucją, posłowie i senatorowie mają immunitet formalny i materialny.
Immunitet materialny zakłada, że poseł nie może być pociągnięty do odpowiedzialności za swoją działalność wchodzącą w zakres sprawowania mandatu poselskiego, ani w czasie jego trwania, ani po jego wygaśnięciu.
Zgodnie z art. 105 konstytucji, za taką działalność poseł odpowiada wyłącznie przed Sejmem, a w przypadku naruszenia praw osób trzecich może być pociągnięty do odpowiedzialności sądowej tylko za zgodą Sejmu.
Immunitet formalny uniemożliwia z kolei pociągnięcie parlamentarzysty do odpowiedzialności karnej bez zgody Sejmu czy Senatu od dnia ogłoszenia wyników wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu. Postępowanie karne wszczęte wobec osoby przed dniem wyboru jej na posła lub senatora ulega na żądanie Sejmu zawieszeniu do czasu wygaśnięcia mandatu. Poseł może jednak wyrazić zgodę na pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej.
Poseł lub senator nie może być także zatrzymany lub aresztowany bez zgody Sejmu, z wyjątkiem ujęcia go na gorącym uczynku przestępstwa i jeżeli jego zatrzymanie jest niezbędne do zapewnienia prawidłowego toku postępowania. O zatrzymaniu niezwłocznie powiadamia się marszałka Sejmu, który może nakazać natychmiastowe zwolnienie zatrzymanego.
Odpowiednie projekty zmiany konstytucji przedstawili na piątkowej konferencji prasowej politycy Platformy.
Platforma chce wykreślenia z konstytucji ustępów 2, 3 i 4 art. 105, zgodnie z którymi od dnia ogłoszenia wyniku wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu parlamentarzysta bez zgody Sejmu nie może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a postępowanie wszczęte przed dniem wyboru na posła ulega zawieszeniu do dnia wygaśnięcia mandatu.
Platforma chce też wprowadzić do art. 99. konstytucji zapis stanowiący, że posłem lub senatorem nie może być osoba karana za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego, ani osoba wobec której wydano prawomocny wyrok warunkowo umarzający postępowanie karne w sprawie popełnienia analogicznego przestępstwa.
Sebastian Karpiniuk przedstawiając projekty zmiany konstytucji podkreślał, że opinia publiczna wielokrotnie była informowana o "skandalicznych" wydarzeniach związanych z osobami, które były traktowane jak "święte krowy". "Z osobami, które mogły nie ponosić odpowiedzialności tylko i wyłącznie dlatego, że posiadały immunitet" - mówił.
Platforma - deklarował - stoi na stanowisku, że jeśli w stosunku do polityków należy czegokolwiek oczekiwać, to "tylko zaostrzenia odpowiedzialności".
"Od poważnych ludzi, od urzędników, od polityków, od parlamentarzystów oczekuje się tego, aby ponosili zwiększoną odpowiedzialność za pracę, którą realizują" - zaznaczył polityk Platformy.
Zdaniem Karpiniuka, osoby, które są karane za przestępstwa pospolite, np. za jazdę po pijanemu, "za skandaliczne zachowanie", nie powinny chronić się za immunitetem parlamentarnym i nie mogą być inaczej traktowane niż zwykli obywatele. "Immunitet formalny powinniśmy uchylić, aby politycy byli traktowani jak normalni, zwykli obywatele" - dodał sekretarz klubu PO.
Platforma ocenia, że sytuacja w której w Sejmie mogą zasiadać osoby prawomocnie skazane, obniża prestiż parlamentu. "Takie osoby powinny być wykluczone z zasiadania w parlamencie. Takie przepisy obowiązują już w skali samorządów terytorialnych i rzeczą niezrozumiałą i niepoważną jest to, że takie przepisy nie obowiązują parlamentarzystów" - argumentował Karpiniuk.
Zgodnie z konstytucją, posłowie i senatorowie mają immunitet formalny i materialny.
Immunitet materialny zakłada, że poseł nie może być pociągnięty do odpowiedzialności za swoją działalność wchodzącą w zakres sprawowania mandatu poselskiego, ani w czasie jego trwania, ani po jego wygaśnięciu.
Zgodnie z art. 105 konstytucji, za taką działalność poseł odpowiada wyłącznie przed Sejmem, a w przypadku naruszenia praw osób trzecich może być pociągnięty do odpowiedzialności sądowej tylko za zgodą Sejmu.
Immunitet formalny uniemożliwia z kolei pociągnięcie parlamentarzysty do odpowiedzialności karnej bez zgody Sejmu czy Senatu od dnia ogłoszenia wyników wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu. Postępowanie karne wszczęte wobec osoby przed dniem wyboru jej na posła lub senatora ulega na żądanie Sejmu zawieszeniu do czasu wygaśnięcia mandatu. Poseł może jednak wyrazić zgodę na pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej.
Poseł lub senator nie może być także zatrzymany lub aresztowany bez zgody Sejmu, z wyjątkiem ujęcia go na gorącym uczynku przestępstwa i jeżeli jego zatrzymanie jest niezbędne do zapewnienia prawidłowego toku postępowania. O zatrzymaniu niezwłocznie powiadamia się marszałka Sejmu, który może nakazać natychmiastowe zwolnienie zatrzymanego.
100 dni Ewy Kopacz w resorcie zdrowia
Zniesienie stażu podyplomowego dla młodych lekarzy, wprowadzenie prywatnych ubezpieczycieli, niższe ceny leków i rzeczywisty dostęp do świadczeń medycznych - to główne cele resortu zdrowia na najbliższe lata.
Minister zdrowia Ewa Kopacz zaprezentowała je podczas piątkowej konferencji, podsumowującej 100 dni swojej pracy.
Minister zapowiedziała, że chce zniesienie stażu podyplomowego dla absolwentów akademii medycznych. Jak podkreślała, chodzi o "przełamanie barier, które tworzy się młodym lekarzom". "Bezpośrednio po skończeniu studiów 2,5 tys. polskich lekarzy i 800 dentystów otrzyma prawo wykonywania zawodu" - powiedziała. Zaznaczyła także, że nadal pozostanie obowiązkowy Lekarski Egzamin Państwowy.
Kopacz podkreśliła, że nowe przepisy miałyby obowiązywać od 1 stycznia 2009 r. pod warunkiem, że prace legislacyjne przebiegną sprawnie. "Od nowego roku pojawią się kolejni lekarze, którzy będą mogli pełnić dyżury w szpitalach" - mówiła.
Według niej, likwidacja staży to oszczędność 130 mln zł. Pieniądze miałyby trafić do lekarzy rezydentów i akademii medycznych.
"Uważam, że polski student, absolwent akademii medycznej powinien być dobrze wyszkolony na studiach. Ostatni rok powinien mieć szczególnie pod nadzorem tych, którzy nauczą go praktycznej części zawodu, zdać weryfikator, czyli Lekarski Egzamin Państwowy i pójść do pracy. My, starzy lekarze, kończyliśmy tzw. egzaminem końcowym i otrzymywaliśmy prawo wykonywania zwodu" - powiedziała minister.
Podkreślała, że resort przygotowuje również zmiany w programach specjalizacji lekarskich, które mają stać się bardziej dostępne dla początkujących lekarzy. Po pierwszym roku specjalizacji każdy z absolwentów akademii medycznej będzie musiał zdać egzamin z ratownictwa medycznego.
Wiceminister zdrowia Krzysztof Włodarczyk poinformował z kolei, że w ciągu kilku lat do teoretycznego egzaminu lekarskiego ma zostać wprowadzony także egzamin praktyczny.
Mówiąc o planach resortu, Kopacz zapowiedziała m.in. podział Narodowego Funduszu Zdrowia i wprowadzenie prywatnych ubezpieczycieli, niższe ceny leków oraz zwiększenie praw pacjenta.
"Chcemy państwu przedstawić jak docelowo za te cztery lata ma wyglądać nasz system ochrony zdrowia. Będzie to oczywiście zdecentralizowany płatnik plus prywatni ubezpieczyciele na rynku, będzie to również urząd nadzoru ubezpieczeń nad nimi, będą na rynku publiczne i niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej - te niepubliczne to spółki prawa handlowego" - powiedziała.
"Będziemy mieli wreszcie pacjentów, którzy będą mieli prawo dochodzenia (...) odszkodowania za błędy w sztuce, będziemy mieli wreszcie prawo, które będzie ich chronić i wreszcie będziemy mieli realną politykę lekową, o czym nie można zapomnieć dlatego, że my tu w Polsce, nasi polscy pacjenci za leki płacą najwięcej w Europie" - dodała minister zdrowia.
Zapowiedziała również, że wiceministrowie w jej resorcie mają "rewolucyjne pomysły" na układanie nowej listy leków refundowanych.
Ponadto, Kopacz powtórzyła, że w 2010 r. lekarz specjalista zarobi 11 tys. zł. "Jeżeli tylko będzie chciał pracować" - zastrzegła.
Jej zdaniem, dochodzenie do tego poziomu wynagrodzenia musi mieć podstawę motywacyjną. "Będziemy oceniać pracę lekarzy. Mają zarabiać dobrzy lekarze i chętni do pracy" - powiedziała. Dodała, że obecnie lekarze żądają wzrostu wynagrodzenia natychmiast, na co potrzeba by było 14 mld zł. "Teraz i natychmiast tych pieniędzy nie ma" - przypomniała i zapewniła, że żaden system by tego nie wytrzymał.
Kopacz nie chciała oceniać swojej dotychczasowej pracy. Mówiła, że ma nadzieję, że po wprowadzeniu zapowiadanych reform, ocenią ją pacjenci. "Pracowaliśmy bardzo systematycznie i efektywnie" - zaznaczyła.
Minister zdrowia Ewa Kopacz zaprezentowała je podczas piątkowej konferencji, podsumowującej 100 dni swojej pracy.
Minister zapowiedziała, że chce zniesienie stażu podyplomowego dla absolwentów akademii medycznych. Jak podkreślała, chodzi o "przełamanie barier, które tworzy się młodym lekarzom". "Bezpośrednio po skończeniu studiów 2,5 tys. polskich lekarzy i 800 dentystów otrzyma prawo wykonywania zawodu" - powiedziała. Zaznaczyła także, że nadal pozostanie obowiązkowy Lekarski Egzamin Państwowy.
Kopacz podkreśliła, że nowe przepisy miałyby obowiązywać od 1 stycznia 2009 r. pod warunkiem, że prace legislacyjne przebiegną sprawnie. "Od nowego roku pojawią się kolejni lekarze, którzy będą mogli pełnić dyżury w szpitalach" - mówiła.
Według niej, likwidacja staży to oszczędność 130 mln zł. Pieniądze miałyby trafić do lekarzy rezydentów i akademii medycznych.
"Uważam, że polski student, absolwent akademii medycznej powinien być dobrze wyszkolony na studiach. Ostatni rok powinien mieć szczególnie pod nadzorem tych, którzy nauczą go praktycznej części zawodu, zdać weryfikator, czyli Lekarski Egzamin Państwowy i pójść do pracy. My, starzy lekarze, kończyliśmy tzw. egzaminem końcowym i otrzymywaliśmy prawo wykonywania zwodu" - powiedziała minister.
Podkreślała, że resort przygotowuje również zmiany w programach specjalizacji lekarskich, które mają stać się bardziej dostępne dla początkujących lekarzy. Po pierwszym roku specjalizacji każdy z absolwentów akademii medycznej będzie musiał zdać egzamin z ratownictwa medycznego.
Wiceminister zdrowia Krzysztof Włodarczyk poinformował z kolei, że w ciągu kilku lat do teoretycznego egzaminu lekarskiego ma zostać wprowadzony także egzamin praktyczny.
Mówiąc o planach resortu, Kopacz zapowiedziała m.in. podział Narodowego Funduszu Zdrowia i wprowadzenie prywatnych ubezpieczycieli, niższe ceny leków oraz zwiększenie praw pacjenta.
"Chcemy państwu przedstawić jak docelowo za te cztery lata ma wyglądać nasz system ochrony zdrowia. Będzie to oczywiście zdecentralizowany płatnik plus prywatni ubezpieczyciele na rynku, będzie to również urząd nadzoru ubezpieczeń nad nimi, będą na rynku publiczne i niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej - te niepubliczne to spółki prawa handlowego" - powiedziała.
"Będziemy mieli wreszcie pacjentów, którzy będą mieli prawo dochodzenia (...) odszkodowania za błędy w sztuce, będziemy mieli wreszcie prawo, które będzie ich chronić i wreszcie będziemy mieli realną politykę lekową, o czym nie można zapomnieć dlatego, że my tu w Polsce, nasi polscy pacjenci za leki płacą najwięcej w Europie" - dodała minister zdrowia.
Zapowiedziała również, że wiceministrowie w jej resorcie mają "rewolucyjne pomysły" na układanie nowej listy leków refundowanych.
Ponadto, Kopacz powtórzyła, że w 2010 r. lekarz specjalista zarobi 11 tys. zł. "Jeżeli tylko będzie chciał pracować" - zastrzegła.
Jej zdaniem, dochodzenie do tego poziomu wynagrodzenia musi mieć podstawę motywacyjną. "Będziemy oceniać pracę lekarzy. Mają zarabiać dobrzy lekarze i chętni do pracy" - powiedziała. Dodała, że obecnie lekarze żądają wzrostu wynagrodzenia natychmiast, na co potrzeba by było 14 mld zł. "Teraz i natychmiast tych pieniędzy nie ma" - przypomniała i zapewniła, że żaden system by tego nie wytrzymał.
Kopacz nie chciała oceniać swojej dotychczasowej pracy. Mówiła, że ma nadzieję, że po wprowadzeniu zapowiadanych reform, ocenią ją pacjenci. "Pracowaliśmy bardzo systematycznie i efektywnie" - zaznaczyła.
Szmajdziński: PO chce wrócić do kontaktów z biznesem
Propozycja Platformy Obywatelskiej dotycząca likwidacji finansowania ugrupowań politycznych z budżetu państwa jest - zdaniem wicemarszałka Sejmu Jerzego Szmajdzińskiego (LiD) - dążeniem PO, aby powrócić do kontaktów z wielkim biznesem.
Według propozycji PO, partie nie otrzymywałyby dotacji ani subwencji budżetowych, natomiast każdy podatnik mógłby przekazać co roku wybranej partii 1 proc. podatku - podobnie jak w przypadku organizacji pożytku publicznego.
Szmajdziński powiedział w piątek PAP, że "propozycja PO to znak, że ciągnie wilka do lasu". Jego zdaniem, politycy Platformy podczas piątkowej konferencji prasowej powiedzieli tylko o możliwości przekazania 1 proc. przez podatników na partie polityczne. Natomiast, jak dodał, nie wspomnieli, że przewidują finansowanie partii przez osoby fizyczne, "co może skutkować kontaktami z biznesem".
Jak napisała piątkowa "Gazeta Wyborcza" oprócz 1 proc. podatku, projekt PO przewiduje pozostawienie wpłat od osób fizycznych.
Jak zaznaczył Szmajdziński, w wielu krajach europejskich partie są finansowane z budżetu. Podkreślił, że jest to sposób na unikanie "związków o charakterze korupcyjnym w przetargach, a także w stanowieniu prawa, które jest w interesie wąskich grup interesów".
Wicemarszałek przypomniał, że kiedy propozycję dotyczącą finansowania partii głosowano za czasów rządów AWS, wówczas politycy Platformy, którzy wywodzą się z AWS, poparli to rozwiązanie.
Szmajdziński odnosząc się do propozycji przekazywania partiom 1 proc. podatku podkreślił też, że "istnieje prawo do nieujawniania swoich preferencji politycznych". Jak dodał, "jest to jedno z praw jakie ma obywatel".
W opinii polityka, zadeklarowanie 1 proc. podatku dla partii, oznaczałoby ujawnienie preferencji nie tylko urzędnikom skarbowym. Zwrócił uwagę na funkcjonowanie załącznika do sprawozdawczości finansowej partii politycznej. Jak zaznaczył, "wszystkie nazwiska darczyńców musiałyby być ujawnione". "Niech panowie z PO sięgną do takich dokumentów" - dodał.
Obecnie - zgodnie z ustawą o partiach politycznych - subwencje budżetowe przysługują tym ugrupowaniom, które w wyborach parlamentarnych zdobyły co najmniej 3 proc. głosów (w przypadku koalicji - 6 proc.). Wysokość subwencji jest obliczana proporcjonalnie do wyniku wyborczego.
Według informacji PKW, po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych co roku (w czasie trwania kadencji Sejmu) PO przysługuje prawie 38 mln zł; PiS - 35,5 mln zł, koalicji LiD - ponad 19,5 mln, a PSL - ponad 14 mln zł.
Według propozycji PO, partie nie otrzymywałyby dotacji ani subwencji budżetowych, natomiast każdy podatnik mógłby przekazać co roku wybranej partii 1 proc. podatku - podobnie jak w przypadku organizacji pożytku publicznego.
Szmajdziński powiedział w piątek PAP, że "propozycja PO to znak, że ciągnie wilka do lasu". Jego zdaniem, politycy Platformy podczas piątkowej konferencji prasowej powiedzieli tylko o możliwości przekazania 1 proc. przez podatników na partie polityczne. Natomiast, jak dodał, nie wspomnieli, że przewidują finansowanie partii przez osoby fizyczne, "co może skutkować kontaktami z biznesem".
Jak napisała piątkowa "Gazeta Wyborcza" oprócz 1 proc. podatku, projekt PO przewiduje pozostawienie wpłat od osób fizycznych.
Jak zaznaczył Szmajdziński, w wielu krajach europejskich partie są finansowane z budżetu. Podkreślił, że jest to sposób na unikanie "związków o charakterze korupcyjnym w przetargach, a także w stanowieniu prawa, które jest w interesie wąskich grup interesów".
Wicemarszałek przypomniał, że kiedy propozycję dotyczącą finansowania partii głosowano za czasów rządów AWS, wówczas politycy Platformy, którzy wywodzą się z AWS, poparli to rozwiązanie.
Szmajdziński odnosząc się do propozycji przekazywania partiom 1 proc. podatku podkreślił też, że "istnieje prawo do nieujawniania swoich preferencji politycznych". Jak dodał, "jest to jedno z praw jakie ma obywatel".
W opinii polityka, zadeklarowanie 1 proc. podatku dla partii, oznaczałoby ujawnienie preferencji nie tylko urzędnikom skarbowym. Zwrócił uwagę na funkcjonowanie załącznika do sprawozdawczości finansowej partii politycznej. Jak zaznaczył, "wszystkie nazwiska darczyńców musiałyby być ujawnione". "Niech panowie z PO sięgną do takich dokumentów" - dodał.
Obecnie - zgodnie z ustawą o partiach politycznych - subwencje budżetowe przysługują tym ugrupowaniom, które w wyborach parlamentarnych zdobyły co najmniej 3 proc. głosów (w przypadku koalicji - 6 proc.). Wysokość subwencji jest obliczana proporcjonalnie do wyniku wyborczego.
Według informacji PKW, po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych co roku (w czasie trwania kadencji Sejmu) PO przysługuje prawie 38 mln zł; PiS - 35,5 mln zł, koalicji LiD - ponad 19,5 mln, a PSL - ponad 14 mln zł.
Poseł PO: nie popełniłem żadnego przestępstwa
Poseł PO Miron Sycz, któremu zarzuca się nieprawidłowości przy przyznaniu dotacji przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie zapewniał w piątek, że nie popełnił żadnego przestępstwa.
Nagłośnienie sprawy przez posłankę PO Lidię Staroń, Sycz nazwał medialną nagonką.
Staroń zawiadomiła NIK o podejrzeniu popełnienia nieprawidłowości przy przyznaniu powiązanemu z Syczem stowarzyszeniu 40 tys. złotych dotacji przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie. Sycz zasiada w radzie nadzorczej Funduszu, a we władzach Stowarzyszenia - jego żona.
Dotacja przyznana została Stowarzyszeniu Środkowoeuropejskiemu Centrum Szkolenia Młodzieży, na budowę wiaty edukacyjnej, gdzie mają się odbywać zajęcia dla młodzieży i lokalnej społeczności.
W związku z tą sprawą Sycz został w czwartek zawieszony w prawach członka klubu PO. Wiceszef klubu Platformy Grzegorz Dolniak zapowiedział, że klub wykluczy Sycza, jeśli doniesienia medialne (o sprawie napisał tygodnik "Wprost") potwierdzą się i prokuratura zdecyduje się wszcząć postępowanie przeciwko posłowi.
Na piątkowej konferencji prasowej Sycz powiedział, że nie popełnił przestępstwa, ani wykroczenia w związku z budową wiaty, ani nie wpływał w jakikolwiek bezpośredni, czy pośredni sposób na udzielenie dofinansowania Stowarzyszeniu.
"Ani ja, ani nikt z mojej rodziny nie osiągnął najmniejszych korzyści majątkowych z tytułu przyznania dotacji Stowarzyszeniu. Medialna nagonka na mnie i moją rodzinę rozpętana została przez klubową koleżankę posłankę PO Lidię Staroń" - podkreślił Sycz.
Według niego, Staroń postanowiła za wszelką cenę doprowadzić do kryzysu w PO na Warmii i Mazurach i w ten sposób sam Sycz i jego rodzina - zdaniem posła - stali się "ofiarami nieposkromionych ambicji politycznych Staroń".
Staroń powiedziała w piątek PAP, że "nie interesuje ją, czy poseł Sycz jest z PO, LiD-u czy PiS". "Dostałam na jego temat informacje i dokumenty, które wzbudziły moje podejrzenia co do tego, czy w prawidłowy sposób korzystał on z publicznych pieniędzy. Moje podejrzenia są bardzo poważne, dlatego 11 lutego oddałam sprawę do zbadania NIK" - powiedziała posłanka.
Dodała, że według niej, "jeśli zarzuty wobec posła Sycza się potwierdzą, to powinien on zostać usunięty z klubu PO".
Sprawę przekazania dotacji Centrum Szkolenia Młodzieży na budowę wiaty opisał w niedzielę na swojej stronie internetowej tygodnik "Wprost" i określił ją jako "pierwszą aferę w koalicji PO - PSL".
Według tygodnika, w sprawę zamieszany jest, oprócz Sycza, także poseł PSL Adam Krzyśków. Obaj zasiadają we władzach Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, gdzie prezesem jest Krzyśków, a Sycz zasiada w radzie nadzorczej. Żona Mirona Sycza jest z kolei w władzach Stowarzyszenia, które z WFOŚiGW otrzymało dotację.
W niedzielę Krzyśków powiedział PAP, że w momencie rozliczenia dotacji Stowarzyszenie dysponowało wszystkimi niezbędnymi dokumentami i wszystko odbyło się zgodnie z prawem. W piątek powtórzył swoje stanowisko w tej sprawie.
Według "Wprost" ziemia, na której miała powstać wiata w momencie złożenia wniosku o dotację była prywatną działką Sycza a Stowarzysznie nie miało do niej żadnych praw. Również sama budowa była nielegalna, bo działka nie była budowlana i została odrolniona dopiero po zakończeniu budowy i podpisaniu umowy z WFOŚiGW.
Tygodnik sugeruje też, że wiata wybudowana z państwowych pieniędzy może w każdym momencie przejść na własność Sycza i może posłużyć do działalności rozrywkowo - gastronomicznej. Według "Wprost", Sycz przekazał Stowarzyszeniu działkę nie jako darowiznę, ale na zasadzie nieodpłatnego użyczenia. Taką umowę można rozwiązać z końcem każdego roku z warunkiem trzymiesięcznego wypowiedzenia.
Sycz to jeden z liderów mniejszości ukraińskiej na Warmii i Mazurach, przez wiele lat był dyrektorem zespołu szkół z językiem ukraińskim w Górowie Iławeckim. Sycz i Krzyśków zasiadali jako radni w sejmiku województwa warmińsko-mazurskiego, gdy zostali posłami złożyli mandaty radnych.
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie Mieczysław Orzechowski powiedział PAP, że po publikacji tygodnika "Wprost" prokuratura rejonowa Olsztyn-Południe wszczęła postępowanie sprawdzające, które ma potrwać do 29 lutego.
Nagłośnienie sprawy przez posłankę PO Lidię Staroń, Sycz nazwał medialną nagonką.
Staroń zawiadomiła NIK o podejrzeniu popełnienia nieprawidłowości przy przyznaniu powiązanemu z Syczem stowarzyszeniu 40 tys. złotych dotacji przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie. Sycz zasiada w radzie nadzorczej Funduszu, a we władzach Stowarzyszenia - jego żona.
Dotacja przyznana została Stowarzyszeniu Środkowoeuropejskiemu Centrum Szkolenia Młodzieży, na budowę wiaty edukacyjnej, gdzie mają się odbywać zajęcia dla młodzieży i lokalnej społeczności.
W związku z tą sprawą Sycz został w czwartek zawieszony w prawach członka klubu PO. Wiceszef klubu Platformy Grzegorz Dolniak zapowiedział, że klub wykluczy Sycza, jeśli doniesienia medialne (o sprawie napisał tygodnik "Wprost") potwierdzą się i prokuratura zdecyduje się wszcząć postępowanie przeciwko posłowi.
Na piątkowej konferencji prasowej Sycz powiedział, że nie popełnił przestępstwa, ani wykroczenia w związku z budową wiaty, ani nie wpływał w jakikolwiek bezpośredni, czy pośredni sposób na udzielenie dofinansowania Stowarzyszeniu.
"Ani ja, ani nikt z mojej rodziny nie osiągnął najmniejszych korzyści majątkowych z tytułu przyznania dotacji Stowarzyszeniu. Medialna nagonka na mnie i moją rodzinę rozpętana została przez klubową koleżankę posłankę PO Lidię Staroń" - podkreślił Sycz.
Według niego, Staroń postanowiła za wszelką cenę doprowadzić do kryzysu w PO na Warmii i Mazurach i w ten sposób sam Sycz i jego rodzina - zdaniem posła - stali się "ofiarami nieposkromionych ambicji politycznych Staroń".
Staroń powiedziała w piątek PAP, że "nie interesuje ją, czy poseł Sycz jest z PO, LiD-u czy PiS". "Dostałam na jego temat informacje i dokumenty, które wzbudziły moje podejrzenia co do tego, czy w prawidłowy sposób korzystał on z publicznych pieniędzy. Moje podejrzenia są bardzo poważne, dlatego 11 lutego oddałam sprawę do zbadania NIK" - powiedziała posłanka.
Dodała, że według niej, "jeśli zarzuty wobec posła Sycza się potwierdzą, to powinien on zostać usunięty z klubu PO".
Sprawę przekazania dotacji Centrum Szkolenia Młodzieży na budowę wiaty opisał w niedzielę na swojej stronie internetowej tygodnik "Wprost" i określił ją jako "pierwszą aferę w koalicji PO - PSL".
Według tygodnika, w sprawę zamieszany jest, oprócz Sycza, także poseł PSL Adam Krzyśków. Obaj zasiadają we władzach Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, gdzie prezesem jest Krzyśków, a Sycz zasiada w radzie nadzorczej. Żona Mirona Sycza jest z kolei w władzach Stowarzyszenia, które z WFOŚiGW otrzymało dotację.
W niedzielę Krzyśków powiedział PAP, że w momencie rozliczenia dotacji Stowarzyszenie dysponowało wszystkimi niezbędnymi dokumentami i wszystko odbyło się zgodnie z prawem. W piątek powtórzył swoje stanowisko w tej sprawie.
Według "Wprost" ziemia, na której miała powstać wiata w momencie złożenia wniosku o dotację była prywatną działką Sycza a Stowarzysznie nie miało do niej żadnych praw. Również sama budowa była nielegalna, bo działka nie była budowlana i została odrolniona dopiero po zakończeniu budowy i podpisaniu umowy z WFOŚiGW.
Tygodnik sugeruje też, że wiata wybudowana z państwowych pieniędzy może w każdym momencie przejść na własność Sycza i może posłużyć do działalności rozrywkowo - gastronomicznej. Według "Wprost", Sycz przekazał Stowarzyszeniu działkę nie jako darowiznę, ale na zasadzie nieodpłatnego użyczenia. Taką umowę można rozwiązać z końcem każdego roku z warunkiem trzymiesięcznego wypowiedzenia.
Sycz to jeden z liderów mniejszości ukraińskiej na Warmii i Mazurach, przez wiele lat był dyrektorem zespołu szkół z językiem ukraińskim w Górowie Iławeckim. Sycz i Krzyśków zasiadali jako radni w sejmiku województwa warmińsko-mazurskiego, gdy zostali posłami złożyli mandaty radnych.
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie Mieczysław Orzechowski powiedział PAP, że po publikacji tygodnika "Wprost" prokuratura rejonowa Olsztyn-Południe wszczęła postępowanie sprawdzające, które ma potrwać do 29 lutego.
Partie: zamiast subwencji - 1% podatku
Likwidację finansowania ugrupowań politycznych z budżetu państwa zakłada przygotowany przez PO projekt zmian w przepisach, którzy przedstawił w piątek na konferencji prasowej w Sejmie poseł PO Jakub Szulc.
Według propozycji PO, partie nie otrzymywałyby subwencji budżetowych, w zamian zaś każdy podatnik mógłby przekazać co roku wybranej partii 1 proc. podatku.
Obecnie - zgodnie z ustawą o partiach politycznych - subwencje budżetowe przysługują tym ugrupowaniom, które w wyborach parlamentarnych zdobyły co najmniej 3 proc. głosów (w przypadku koalicji - 6 proc.). Wysokość subwencji jest obliczana proporcjonalnie do wyniku wyborczego.
Według informacji PKW, po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych co roku (w czasie trwania kadencji Sejmu) PO przysługuje prawie 38 mln zł; PiS - 35,5 mln zł, koalicji LiD - ponad 19,5 mln, a PSL - ponad 14 mln zł.
Według propozycji PO, partie nie otrzymywałyby subwencji budżetowych, w zamian zaś każdy podatnik mógłby przekazać co roku wybranej partii 1 proc. podatku.
Obecnie - zgodnie z ustawą o partiach politycznych - subwencje budżetowe przysługują tym ugrupowaniom, które w wyborach parlamentarnych zdobyły co najmniej 3 proc. głosów (w przypadku koalicji - 6 proc.). Wysokość subwencji jest obliczana proporcjonalnie do wyniku wyborczego.
Według informacji PKW, po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych co roku (w czasie trwania kadencji Sejmu) PO przysługuje prawie 38 mln zł; PiS - 35,5 mln zł, koalicji LiD - ponad 19,5 mln, a PSL - ponad 14 mln zł.
Wczoraj Wilk, dziś "medialny Matriks"
Platforma Obywatelska przez 100 dni rządzenia zafundowała Polakom "polityczny matrix" - uważa PiS i przedstawia premiera Donalda Tuska oraz czołowych polityków PO jako postaci amerykańskiego filmu braci Wachowskich "Matrix".
Zdaniem PiS, Platforma zarządza państwem poprzez tematy zastępcze. Według polityków największej partii opozycyjnej, PO w ciągu 100 dni rządzenia swoje "grzechy" starała się ukryć kreując sztuczne problemy - "polityczny matrix".
Młodzi posłowie PiS Adam Hofman i Mariusz Kamiński przedstawili w piątek multimedialną prezentację, w której porównano "grzechy" rządu ze sztucznie - zdaniem PiS - wykreowanymi problemami.
Premier Tusk wystąpił w niej jako główny bohater "Matrixa", ważne role otrzymali też pełnomocnik rządu ds. walki z korupcji Julia Pitera i mister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski.
"Zarządzanie państwem odbywa się dziś poprzez zarządzanie drugorzędną informacją, podawaną w sposób sensacyjny, ciekawy, przepiękny, a rząd zajmuje się tematami pobocznymi, a nie tymi, które dotykają Polaków. Nie podwyżkami, nie strajkami w służbie zdrowia, nie roszczeniami budżetówki, nie problemami bezpieczeństwa państwa, a laptopami, kartami SIM, nieważnymi wirtualnymi rzeczami i satelitą. To jest problem tego rządu" - mówił Hofman.
Kamiński wyraził nadzieję, że "to się skończy". "Życzę temu rządowi, aby przestał rządzić poprzez tematy zastępcze, aby nie administrował, ale naprawdę rządził Polską i aby skończył się ten jeden polityczny +Matriks+ - dodał Kamiński.
Zdaniem PiS, Platforma zarządza państwem poprzez tematy zastępcze. Według polityków największej partii opozycyjnej, PO w ciągu 100 dni rządzenia swoje "grzechy" starała się ukryć kreując sztuczne problemy - "polityczny matrix".
Młodzi posłowie PiS Adam Hofman i Mariusz Kamiński przedstawili w piątek multimedialną prezentację, w której porównano "grzechy" rządu ze sztucznie - zdaniem PiS - wykreowanymi problemami.
Premier Tusk wystąpił w niej jako główny bohater "Matrixa", ważne role otrzymali też pełnomocnik rządu ds. walki z korupcji Julia Pitera i mister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski.
"Zarządzanie państwem odbywa się dziś poprzez zarządzanie drugorzędną informacją, podawaną w sposób sensacyjny, ciekawy, przepiękny, a rząd zajmuje się tematami pobocznymi, a nie tymi, które dotykają Polaków. Nie podwyżkami, nie strajkami w służbie zdrowia, nie roszczeniami budżetówki, nie problemami bezpieczeństwa państwa, a laptopami, kartami SIM, nieważnymi wirtualnymi rzeczami i satelitą. To jest problem tego rządu" - mówił Hofman.
Kamiński wyraził nadzieję, że "to się skończy". "Życzę temu rządowi, aby przestał rządzić poprzez tematy zastępcze, aby nie administrował, ale naprawdę rządził Polską i aby skończył się ten jeden polityczny +Matriks+ - dodał Kamiński.
Polacy wolą rząd Tuska od rządu Kaczyńskiego
Po trzech miesiącach pracy rządu Donalda Tuska 51 proc. Polaków uważa, że ten gabinet jest lepszy od rządu Jarosława Kaczyńskiego; 12 proc. sądzi, że jest gorszy - wynika z sondażu CBOS przekazanego w piątek PAP.
W ocenie 28 proc. badanych, oba gabinety są porównywalne, a 9 proc. nie ma zdania w tej sprawie.
45 proc. respondentów oceniło, że rząd Tuska działa mniej więcej tak jak się spodziewali. 29 proc. uznało, że gabinet rządzi gorzej od ich oczekiwań, a 9 proc. - że lepiej. 17 proc. nie umiało tego ocenić.
CBOS przeprowadził sondaż od 1 do 4 lutego na liczącej 1137 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.
W ocenie 28 proc. badanych, oba gabinety są porównywalne, a 9 proc. nie ma zdania w tej sprawie.
45 proc. respondentów oceniło, że rząd Tuska działa mniej więcej tak jak się spodziewali. 29 proc. uznało, że gabinet rządzi gorzej od ich oczekiwań, a 9 proc. - że lepiej. 17 proc. nie umiało tego ocenić.
CBOS przeprowadził sondaż od 1 do 4 lutego na liczącej 1137 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.
Poszukiwany pedofil w rękach policji
45-letniego mężczyznę podejrzewanego o molestowanie dziewczynek na terenie Bytomia, Piekar Śląskich i Siemianowic Śląskich, zatrzymali bytomscy policjanci - poinformował w piątek zespół prasowy śląskiej policji.
Marek T., mieszkaniec Katowic, był już w przeszłości karany za przestępstwa seksualneápopełniane na dzieciach. Grozi mu 12 lat więzienia.
áDo pierwszego zdarzenia doszło 14 lutego, kiedy policję powiadomiono, że 10-letnia dziewczynka była nagabywana przez nieznanego mężczyznę. W ciągu kilku następnych dni stróże prawa przyjęliátrzy kolejne takie zgłoszenia mieszkańców Bytomia.
Wynikało z nich, że kierowca zielonego samochodu zaczepiał idące ulicą dziewczynki i namawiał je do wspólnej przejażdżki. Oferował im drobne kwoty pieniędzyái próbował nakłonić do obejrzenia filmów nagranych w telefonie komórkowym.
Działania policji i pomoc rodzin napastowanych dziewczynek pozwoliły w ciągu kilku dni ustalić i zatrzymać 45-letniego mieszkańca Katowic. Poruszał się ciemnozielonym volkswagenem passatem typu kombi.
To kolejne takie zatrzymanie w Bytomiu. W styczniu tamtejsza policja ujęła 22-letniego mężczyznę, który molestował kobiety w okolicy miejskiego parku. Jedna z jego ofiar miała tylko 12 lat. Jego również zatrzymano dzięki współpracy molestowanych kobiet - na podstawie ich zeznań sporządzono portret pamięciowy, potem patrolujący okolice parku funkcjonariusze zauważyli mężczyznę pasującego do rysopisu. Po krótkim pościgu mężczyzna został wówczas zatrzymany.
Marek T., mieszkaniec Katowic, był już w przeszłości karany za przestępstwa seksualneápopełniane na dzieciach. Grozi mu 12 lat więzienia.
áDo pierwszego zdarzenia doszło 14 lutego, kiedy policję powiadomiono, że 10-letnia dziewczynka była nagabywana przez nieznanego mężczyznę. W ciągu kilku następnych dni stróże prawa przyjęliátrzy kolejne takie zgłoszenia mieszkańców Bytomia.
Wynikało z nich, że kierowca zielonego samochodu zaczepiał idące ulicą dziewczynki i namawiał je do wspólnej przejażdżki. Oferował im drobne kwoty pieniędzyái próbował nakłonić do obejrzenia filmów nagranych w telefonie komórkowym.
Działania policji i pomoc rodzin napastowanych dziewczynek pozwoliły w ciągu kilku dni ustalić i zatrzymać 45-letniego mieszkańca Katowic. Poruszał się ciemnozielonym volkswagenem passatem typu kombi.
To kolejne takie zatrzymanie w Bytomiu. W styczniu tamtejsza policja ujęła 22-letniego mężczyznę, który molestował kobiety w okolicy miejskiego parku. Jedna z jego ofiar miała tylko 12 lat. Jego również zatrzymano dzięki współpracy molestowanych kobiet - na podstawie ich zeznań sporządzono portret pamięciowy, potem patrolujący okolice parku funkcjonariusze zauważyli mężczyznę pasującego do rysopisu. Po krótkim pościgu mężczyzna został wówczas zatrzymany.
Kiedy premier pojedzie na Ukrainę?
Premier Donald Tusk uda się z wizytą na Ukrainę, ale nie w lutym, tylko prawdopodobnie w drugiej połowie marca - poinformował w piątek szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak.
Wcześniej wymienianym terminem wizyty premiera w Kijowie był 26 lutego. Oczekiwano, że wówczas podpisana zostanie umowa z Ukrainą w sprawie wspólnych przedsięwzięć dotyczących Euro 2012 oraz umowa o małym ruchu granicznym.
Piątkowa "Rzeczpospolita" napisała, że prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko zaprosił szefa polskiego rządu do Kijowa na Forum Ukraina-Europa, które odbędzie się 27 - 29 lutego, jednak z zaproszenia nie skorzystaliśmy.
"Kalendarz obowiązków premiera jest bardzo, bardzo napięty" - tłumaczył Nowak w Radiu ZET.
Zaznaczył też, że na Forum Ukraina-Europa zarówno polski rząd, jak i premiera, reprezentować będzie wicepremier Waldemar Pawlak.
Nowak dodał, że strona polska "pracuje" nad spotkaniami z premierem Wiktorem Juszczenką i premier Julią Tymoszenko. "Trzeba odbudować wspólną polsko-ukraińską komisję gospodarczą, która przez ostatnie dwa lata nie funkcjonowała, więc jest trochę rzeczy do zrobienia jeszcze przed wizytą pana premiera Tuska" - mówił Nowak.
Wcześniej wymienianym terminem wizyty premiera w Kijowie był 26 lutego. Oczekiwano, że wówczas podpisana zostanie umowa z Ukrainą w sprawie wspólnych przedsięwzięć dotyczących Euro 2012 oraz umowa o małym ruchu granicznym.
Piątkowa "Rzeczpospolita" napisała, że prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko zaprosił szefa polskiego rządu do Kijowa na Forum Ukraina-Europa, które odbędzie się 27 - 29 lutego, jednak z zaproszenia nie skorzystaliśmy.
"Kalendarz obowiązków premiera jest bardzo, bardzo napięty" - tłumaczył Nowak w Radiu ZET.
Zaznaczył też, że na Forum Ukraina-Europa zarówno polski rząd, jak i premiera, reprezentować będzie wicepremier Waldemar Pawlak.
Nowak dodał, że strona polska "pracuje" nad spotkaniami z premierem Wiktorem Juszczenką i premier Julią Tymoszenko. "Trzeba odbudować wspólną polsko-ukraińską komisję gospodarczą, która przez ostatnie dwa lata nie funkcjonowała, więc jest trochę rzeczy do zrobienia jeszcze przed wizytą pana premiera Tuska" - mówił Nowak.
Julia Pitera pomyliła role
Siedmioro dzieci, najmłodsze chore na astmę, ojciec rodziny niezrównoważony psychicznie, bezrobotny. Dwa pokoje z kuchnią. - "Dlaczego nie występujecie o większe mieszkanie komunalne?" - pyta dziennikarka "Gazety Wyborczej". "Wystąpiliśmy, czekamy już bardzo długo" - pada odpowiedź.
W tym czasie gazety pełne są doniesień o radnych i urzędnikach wszelkich partii, którzy otrzymują mieszkania komunalne po znajomości.
Wydawało się, że wszystko w tej sprawie zostało już powiedziane, a winni potępieni. A jednak prezydent Szczecina z nadania PO Piotr Krzystek wykupił swoje 150-metrowe mieszkanie komunalne za jedną szóstą wartości. CBA zaczęło grzebać w papierach i zarzuciło Krzystkowi złamanie prawa. Prezydent poskarżył się na CBA premierowi. Wtedy wsparła go... Julia Pitera, pełnomocnik rządu PO do spraw walki z korupcją - pisze w "GW" Dominika Wielowieyska.
Tak, ta sama Pitera, która niezmordowanie tropiła nadużycia w warszawskim ratuszu. Teraz broni partyjnego kolegi, bo uważa, że działania CBA mają "tło polityczne". Niezależnie od tego, czy zarzuty CBA są prawdziwe, czy też nie - Krzystek postąpił skandalicznie. Zamiast wykorzystywać przepisy dla własnej korzyści, powinien zrobić wszystko, by je zmienić - twierdzi publicystka gazety.
Zdaniem Dominiki Wielowieyskiej, teraz Platforma Obywatelska powinna zażądać od prezydenta Szczecina, by zapłacił za mieszkanie całą sumę. A premier powinien uświadomić minister Piterze, że pomyliła role - ma eliminować korupcjogenne przepisy i piętnować wykorzystujących je urzędników, a nie ich bronić.
W tym czasie gazety pełne są doniesień o radnych i urzędnikach wszelkich partii, którzy otrzymują mieszkania komunalne po znajomości.
Wydawało się, że wszystko w tej sprawie zostało już powiedziane, a winni potępieni. A jednak prezydent Szczecina z nadania PO Piotr Krzystek wykupił swoje 150-metrowe mieszkanie komunalne za jedną szóstą wartości. CBA zaczęło grzebać w papierach i zarzuciło Krzystkowi złamanie prawa. Prezydent poskarżył się na CBA premierowi. Wtedy wsparła go... Julia Pitera, pełnomocnik rządu PO do spraw walki z korupcją - pisze w "GW" Dominika Wielowieyska.
Tak, ta sama Pitera, która niezmordowanie tropiła nadużycia w warszawskim ratuszu. Teraz broni partyjnego kolegi, bo uważa, że działania CBA mają "tło polityczne". Niezależnie od tego, czy zarzuty CBA są prawdziwe, czy też nie - Krzystek postąpił skandalicznie. Zamiast wykorzystywać przepisy dla własnej korzyści, powinien zrobić wszystko, by je zmienić - twierdzi publicystka gazety.
Zdaniem Dominiki Wielowieyskiej, teraz Platforma Obywatelska powinna zażądać od prezydenta Szczecina, by zapłacił za mieszkanie całą sumę. A premier powinien uświadomić minister Piterze, że pomyliła role - ma eliminować korupcjogenne przepisy i piętnować wykorzystujących je urzędników, a nie ich bronić.
czwartek, 14 lutego 2008
Proces Pęczaka i Dochnala odroczony
Pabianicki sąd rejonowy bezterminowo odroczył w czwartek proces oskarżonych o korupcję b. posła SLD Andrzeja Pęczaka, znanego lobbysty Marka Dochnala oraz jego asystenta. Nie wyłączył jednak sprawy chorego na nowotwór Pęczaka do odrębnego postępowania.
Jak poinformowała PAP Grażyna Jeżewska z biura prasowego łódzkiego sądu okręgowego, pabianicki sąd nie wydzielił do odrębnego postępowania sprawy Pęczaka, bowiem z opinii biegłego lekarza wynika, że oskarżony - w razie pomyślnego zakończenia leczenia - będzie mógł stawać przed sądem po 13 maja tego roku.
Jednocześnie sąd - na zamkniętym dla mediów posiedzeniu - uwzględnił wniosek prokuratora dotyczący ponownego zbadania b. posła przez zespół biegłych. "Dopiero po wpłynięciu ich opinii będzie podjęta decyzja co do dalszego przebiegu procesu" - wyjaśniła Jeżewska.
Sąd nie uwzględnił też wniosków obrońców Dochnala i Pęczaka w sprawie uchylenia środków zapobiegawczych w postaci poręczenia majątkowego i dozoru policji.
W listopadzie ub. roku pabianicki sąd - jeszcze przed otwarciem przewodu sądowego - odroczył proces bezterminowo, czekając na opinię biegłego w sprawie stanu zdrowia b. posła, który nie stawił się na rozprawie. Pęczak przeszedł w październiku ub. roku operację w jednym z łódzkich szpitali po tym, jak lekarze wykryli u niego raka prostaty. Od tego czasu przebywa na zwolnieniu lekarskim.
Kilka tygodni temu biegły lekarz z zakresu onkologii wydał opinię, z której wynika, że przez następne pół roku Pęczak - ze względu na zły stan zdrowia - nie może brać udziału w rozprawach. Na jej podstawie Sąd Rejonowy w Łodzi miesiąc temu zawiesił łódzki proces b. posła. Zlecił także przygotowanie opinii zespołowi biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej. Mają oni ocenić stan zdrowia oskarżonego i stwierdzić, kiedy znów będzie mógł uczestniczyć w postępowaniu. Na tę opinię czekać będzie także sąd w Pabianicach.
Obrońca Pęczaka, mec. Joanna Agacka-Indecka powiedziała dziennikarzom, że stan zdrowia jej klienta nie poprawia się, a wkrótce ma się rozstrzygnąć, czy Pęczak będzie poddany kolejnym zabiegom. Według niej, jej klient w najbliższym czasie nie będzie mógł stawiać się w sądzie ze względu na stan zdrowia.
Na posiedzenie sądu stawił się Marek Dochnal, który dwa tygodnie temu wyszedł z aresztu, w którym przebywał niemal 3,5 roku. Lobbysta powiedział, "że chce, żeby ten proces rozpoczął się jak najszybciej". Z kolei jego obrońca mec. Jacek Gutkowski stwierdził, że - w jego ocenie - sprawa przeciw Dochnalowi powinna być umorzona i powinien on zostać świadkiem, a nie oskarżonym w tej sprawie.
Zadowolony z decyzji sądu był oskarżyciel Zbigniew Pustelnik z Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Jego zdaniem, dla dobra tej sprawy "cała trójka oskarżonych powinna uczestniczyć w tym procesie".
Opinia biegłego lekarza ma także znaczenie dla innego procesu, w którym odpowiada Pęczak. Chodzi o toczący się przed łódzkim sądem okręgowym proces dotyczący niegospodarności w latach 1999-2000 w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi. Według prokuratury, Pęczak odpowiada za część nietrafionych inwestycji, w wyniku których Fundusz stracił w sumie ponad 42 mln zł. Ta sprawa zmierza do końca, a sąd decyzję w związku z opinią lekarską ma podjąć na rozprawie pod koniec lutego.
W pabianickim procesie Pęczak jest oskarżony o to, że jako poseł i jednocześnie szef sejmowej komisji kontroli państwowej w 2004 roku żądał wysokich łapówek, a później przyjął w sumie ponad 820 tys. zł korzyści majątkowych i osobistych od znanego lobbysty Marka Dochnala i jego asystenta Krzysztofa P. Zdaniem katowickich śledczych, Pęczak dostał od nich m.in. 60 tys. dolarów, 10 tys. funtów i 80 tys. zł i luksusowego mercedesa do użytkowania. Całej trójce grozi kara do 12 lat więzienia.
Według prokuratury, Dochnal przekazywał łapówki ówczesnemu posłowi za informacje dotyczące prywatyzacji niektórych polskich przedsiębiorstw. Chodziło o sprzedaż akcji Polskich Hut Stali koncernowi LNM Holdings oraz prywatyzację Grupy G-8 (skupiającej osiem spółek dystrybucji energii elektrycznej) i Huty Częstochowa.
Pabianicki sąd już wcześniej uchylił w tej sprawie areszt Dochnalowi po wpłaceniu przez jego żonę 300 tys. zł kaucji. Lobbysta nie mógł jednak wyjść na wolność, bowiem do końca stycznia był aresztowany także do innej sprawy prowadzonej przez katowicką prokuraturę. Lobbysta jest w tym śledztwie podejrzany o pranie brudnych pieniędzy - według nieoficjalnych informacji chodzi o 70 mln zł - a także przestępstwa przeciwko dokumentom i udział w obrocie środkami odurzającymi.
Katowiccy prokuratorzy domagali się kolejnego przedłużenia aresztu Dochnalowi, jednak warszawski sąd okręgowy nie uwzględnił tego wniosku. Śledczy się odwołali. Jednak sąd apelacyjny wyznaczył rozpoznanie zażalenia dopiero na 19 lutego. 31 stycznia Dochnal opuścił areszt śledczy w Sieradzu.
57-letni Pęczak jako pierwszy poseł w III RP trafił do aresztu w listopadzie 2004 roku. W styczniu ub. roku, po 25 miesiącach, wyszedł na wolność po wpłaceniu 400 tys. zł kaucji. Jego obrońcy wielokrotnie składali zażalenia na areszt ze względu na zły stan zdrowia Pęczaka. Sądy uznawały jednak, opierając się na opiniach lekarskich, iż b. poseł może być leczony w warunkach aresztu, mimo stwierdzonych licznych schorzeń, m.in. wzroku i kręgosłupa.
Jak poinformowała PAP Grażyna Jeżewska z biura prasowego łódzkiego sądu okręgowego, pabianicki sąd nie wydzielił do odrębnego postępowania sprawy Pęczaka, bowiem z opinii biegłego lekarza wynika, że oskarżony - w razie pomyślnego zakończenia leczenia - będzie mógł stawać przed sądem po 13 maja tego roku.
Jednocześnie sąd - na zamkniętym dla mediów posiedzeniu - uwzględnił wniosek prokuratora dotyczący ponownego zbadania b. posła przez zespół biegłych. "Dopiero po wpłynięciu ich opinii będzie podjęta decyzja co do dalszego przebiegu procesu" - wyjaśniła Jeżewska.
Sąd nie uwzględnił też wniosków obrońców Dochnala i Pęczaka w sprawie uchylenia środków zapobiegawczych w postaci poręczenia majątkowego i dozoru policji.
W listopadzie ub. roku pabianicki sąd - jeszcze przed otwarciem przewodu sądowego - odroczył proces bezterminowo, czekając na opinię biegłego w sprawie stanu zdrowia b. posła, który nie stawił się na rozprawie. Pęczak przeszedł w październiku ub. roku operację w jednym z łódzkich szpitali po tym, jak lekarze wykryli u niego raka prostaty. Od tego czasu przebywa na zwolnieniu lekarskim.
Kilka tygodni temu biegły lekarz z zakresu onkologii wydał opinię, z której wynika, że przez następne pół roku Pęczak - ze względu na zły stan zdrowia - nie może brać udziału w rozprawach. Na jej podstawie Sąd Rejonowy w Łodzi miesiąc temu zawiesił łódzki proces b. posła. Zlecił także przygotowanie opinii zespołowi biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej. Mają oni ocenić stan zdrowia oskarżonego i stwierdzić, kiedy znów będzie mógł uczestniczyć w postępowaniu. Na tę opinię czekać będzie także sąd w Pabianicach.
Obrońca Pęczaka, mec. Joanna Agacka-Indecka powiedziała dziennikarzom, że stan zdrowia jej klienta nie poprawia się, a wkrótce ma się rozstrzygnąć, czy Pęczak będzie poddany kolejnym zabiegom. Według niej, jej klient w najbliższym czasie nie będzie mógł stawiać się w sądzie ze względu na stan zdrowia.
Na posiedzenie sądu stawił się Marek Dochnal, który dwa tygodnie temu wyszedł z aresztu, w którym przebywał niemal 3,5 roku. Lobbysta powiedział, "że chce, żeby ten proces rozpoczął się jak najszybciej". Z kolei jego obrońca mec. Jacek Gutkowski stwierdził, że - w jego ocenie - sprawa przeciw Dochnalowi powinna być umorzona i powinien on zostać świadkiem, a nie oskarżonym w tej sprawie.
Zadowolony z decyzji sądu był oskarżyciel Zbigniew Pustelnik z Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Jego zdaniem, dla dobra tej sprawy "cała trójka oskarżonych powinna uczestniczyć w tym procesie".
Opinia biegłego lekarza ma także znaczenie dla innego procesu, w którym odpowiada Pęczak. Chodzi o toczący się przed łódzkim sądem okręgowym proces dotyczący niegospodarności w latach 1999-2000 w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi. Według prokuratury, Pęczak odpowiada za część nietrafionych inwestycji, w wyniku których Fundusz stracił w sumie ponad 42 mln zł. Ta sprawa zmierza do końca, a sąd decyzję w związku z opinią lekarską ma podjąć na rozprawie pod koniec lutego.
W pabianickim procesie Pęczak jest oskarżony o to, że jako poseł i jednocześnie szef sejmowej komisji kontroli państwowej w 2004 roku żądał wysokich łapówek, a później przyjął w sumie ponad 820 tys. zł korzyści majątkowych i osobistych od znanego lobbysty Marka Dochnala i jego asystenta Krzysztofa P. Zdaniem katowickich śledczych, Pęczak dostał od nich m.in. 60 tys. dolarów, 10 tys. funtów i 80 tys. zł i luksusowego mercedesa do użytkowania. Całej trójce grozi kara do 12 lat więzienia.
Według prokuratury, Dochnal przekazywał łapówki ówczesnemu posłowi za informacje dotyczące prywatyzacji niektórych polskich przedsiębiorstw. Chodziło o sprzedaż akcji Polskich Hut Stali koncernowi LNM Holdings oraz prywatyzację Grupy G-8 (skupiającej osiem spółek dystrybucji energii elektrycznej) i Huty Częstochowa.
Pabianicki sąd już wcześniej uchylił w tej sprawie areszt Dochnalowi po wpłaceniu przez jego żonę 300 tys. zł kaucji. Lobbysta nie mógł jednak wyjść na wolność, bowiem do końca stycznia był aresztowany także do innej sprawy prowadzonej przez katowicką prokuraturę. Lobbysta jest w tym śledztwie podejrzany o pranie brudnych pieniędzy - według nieoficjalnych informacji chodzi o 70 mln zł - a także przestępstwa przeciwko dokumentom i udział w obrocie środkami odurzającymi.
Katowiccy prokuratorzy domagali się kolejnego przedłużenia aresztu Dochnalowi, jednak warszawski sąd okręgowy nie uwzględnił tego wniosku. Śledczy się odwołali. Jednak sąd apelacyjny wyznaczył rozpoznanie zażalenia dopiero na 19 lutego. 31 stycznia Dochnal opuścił areszt śledczy w Sieradzu.
57-letni Pęczak jako pierwszy poseł w III RP trafił do aresztu w listopadzie 2004 roku. W styczniu ub. roku, po 25 miesiącach, wyszedł na wolność po wpłaceniu 400 tys. zł kaucji. Jego obrońcy wielokrotnie składali zażalenia na areszt ze względu na zły stan zdrowia Pęczaka. Sądy uznawały jednak, opierając się na opiniach lekarskich, iż b. poseł może być leczony w warunkach aresztu, mimo stwierdzonych licznych schorzeń, m.in. wzroku i kręgosłupa.
Pawlak zaprzecza kontaktom z J&S Energy
Wicepremier, minister gospodarki Waldemar Pawlak zapewnił w czwartek posłów z sejmowej komisji gospodarki, że nie miał żadnego kontaktu z nikim ze spółki J&S Energy, której w połowie grudnia ub.r. uchylił karę w wysokości 461 mln 696 tys. zł.
Komisja gospodarki zajmuje się w czwartek wyjaśnieniem sprawy uchylenia przez ministra gospodarki kary nałożonej na J&S Emergy przez Agencję Rezerw Materiałowych za zbyt małe zapasy paliw.
"Nigdy w życiu nie spotykałem się, ani nie rozmawiałem z nikim - z przedstawicielami pracowników, akcjonariuszy czy zarządu spółki J&S, ani nigdy żadna z tych osób nie przekazywała mi żadnych sugestii" - powiedział Pawlak posłom z komisji gospodarki.
Posłów interesował wątek, jaki w miniony poniedziałek ujawniła "Rzeczpospolita". Gazeta napisała, że w J&S Energy pracują byli politycy PSL: Józef Pawlak i Zdzisław Zambrzycki (ojciec obecnego prezesa firmy). Według "Rz", Zambrzycki dobrze znał się z Waldemarem Pawlakiem, a Józef Pawlak ma szerokie znajomości wśród polityków PSL.
"Oczywiście znam te osoby" - powiedział Pawlak i zaznaczył, że po 2005 r., kiedy odeszły one z PSL, nie utrzymywał z nimi kontaktów.
"Proszę kolegów z PiS o nierobienie insynuacji, niepowielanie kłamliwych informacji z mediów" - zaapelował wicepremier. Jego zdaniem, sugerowanie mu, iż decyzje o umorzeniu kary, ze względu na fakt, że w spółce zatrudnieni są jego byli partyjni koledzy, którzy odeszli do konkurencyjnych ugrupowań politycznych, jest zachowaniem "nie na miejscu, nierzetelnym i stronniczym".
Komisja gospodarki zajmuje się w czwartek wyjaśnieniem sprawy uchylenia przez ministra gospodarki kary nałożonej na J&S Emergy przez Agencję Rezerw Materiałowych za zbyt małe zapasy paliw.
"Nigdy w życiu nie spotykałem się, ani nie rozmawiałem z nikim - z przedstawicielami pracowników, akcjonariuszy czy zarządu spółki J&S, ani nigdy żadna z tych osób nie przekazywała mi żadnych sugestii" - powiedział Pawlak posłom z komisji gospodarki.
Posłów interesował wątek, jaki w miniony poniedziałek ujawniła "Rzeczpospolita". Gazeta napisała, że w J&S Energy pracują byli politycy PSL: Józef Pawlak i Zdzisław Zambrzycki (ojciec obecnego prezesa firmy). Według "Rz", Zambrzycki dobrze znał się z Waldemarem Pawlakiem, a Józef Pawlak ma szerokie znajomości wśród polityków PSL.
"Oczywiście znam te osoby" - powiedział Pawlak i zaznaczył, że po 2005 r., kiedy odeszły one z PSL, nie utrzymywał z nimi kontaktów.
"Proszę kolegów z PiS o nierobienie insynuacji, niepowielanie kłamliwych informacji z mediów" - zaapelował wicepremier. Jego zdaniem, sugerowanie mu, iż decyzje o umorzeniu kary, ze względu na fakt, że w spółce zatrudnieni są jego byli partyjni koledzy, którzy odeszli do konkurencyjnych ugrupowań politycznych, jest zachowaniem "nie na miejscu, nierzetelnym i stronniczym".
PO: Sumienie PiS, jak mokra, brudna ścierka
Czystość sumienia polityków PiS można porównać do mokrej, brudnej ścierki - tak poseł PO Andrzej Czerwiński odniósł się do informacji o umorzeniu w 2007 r. przez ówczesnego ministra skarbu Wojciecha Jasińskiego (PiS) długów Porozumienia Centrum - pierwszej partii Jarosława Kaczyńskiego.
"Gazeta Wyborcza" napisała w czwartek, że cztery dni po przegranych przez PiS wyborach Jasiński umorzył prawie 700 tys. zł długów PC. "GW" informuje, że była to jedyna decyzja o umorzeniu długów, jaką minister skarbu podjął w zeszłym roku.
Jasiński powiedział "GW", że umorzył sprawę długów PC po wyborach, "bo akurat wtedy dostał ją na biurko". Według niego, wierzytelności te "były nie do ściągnięcia, bo PC nie ma majątku".
"Mamy tu do czynienia z pewną dwulicowością, hipokryzją PiS, z podwójnym sumieniem. Czystość sumienia polityków PiS w tym wypadku można porównać do mokrej, brudnej ścierki" - powiedział Czerwiński na czwartkowej konferencji prasowej w Sejmie.
Polityk PO - który jest wiceszefem sejmowej komisji gospodarki - zapowiedział, że sejmowe komisje skarbu i gospodarki zażądają od Jasińskiego wyjaśnień w tej sprawie. "Będziemy się go pytać dlaczego podjął taką decyzję, czego się obawiał" - zaznaczył.
Podkreślił, że PiS w kampanii wyborczej głosiło hasła przejrzystości w życiu publicznym. "Z tej przejrzystości niewiele zostało" - ocenił Czerwiński. Jego zdaniem, PiS nie potrafiło "posprzątać", "zamknąć przeszłości", związanej z Porozumieniem Centrum.
Poseł PO Antoni Mężydło nie wykluczył, że klub Platformy będzie chciał zmienić prawo, tak "aby w przyszłości pokusa, umorzenia długów partii, już nikogo nie pociągała". "Sytuacja jest bardzo naganna moralnie" - podkreślił.
Jego zdaniem, sprawa umorzenia długu PC, bardzo zaszkodzi PiS. "Elektorat prawicowy jest bardzo wrażliwy na zjawiska korupcji i tak szybko nie wybacza" - stwierdził Mężydło.
"Gazeta Wyborcza" napisała w czwartek, że cztery dni po przegranych przez PiS wyborach Jasiński umorzył prawie 700 tys. zł długów PC. "GW" informuje, że była to jedyna decyzja o umorzeniu długów, jaką minister skarbu podjął w zeszłym roku.
Jasiński powiedział "GW", że umorzył sprawę długów PC po wyborach, "bo akurat wtedy dostał ją na biurko". Według niego, wierzytelności te "były nie do ściągnięcia, bo PC nie ma majątku".
"Mamy tu do czynienia z pewną dwulicowością, hipokryzją PiS, z podwójnym sumieniem. Czystość sumienia polityków PiS w tym wypadku można porównać do mokrej, brudnej ścierki" - powiedział Czerwiński na czwartkowej konferencji prasowej w Sejmie.
Polityk PO - który jest wiceszefem sejmowej komisji gospodarki - zapowiedział, że sejmowe komisje skarbu i gospodarki zażądają od Jasińskiego wyjaśnień w tej sprawie. "Będziemy się go pytać dlaczego podjął taką decyzję, czego się obawiał" - zaznaczył.
Podkreślił, że PiS w kampanii wyborczej głosiło hasła przejrzystości w życiu publicznym. "Z tej przejrzystości niewiele zostało" - ocenił Czerwiński. Jego zdaniem, PiS nie potrafiło "posprzątać", "zamknąć przeszłości", związanej z Porozumieniem Centrum.
Poseł PO Antoni Mężydło nie wykluczył, że klub Platformy będzie chciał zmienić prawo, tak "aby w przyszłości pokusa, umorzenia długów partii, już nikogo nie pociągała". "Sytuacja jest bardzo naganna moralnie" - podkreślił.
Jego zdaniem, sprawa umorzenia długu PC, bardzo zaszkodzi PiS. "Elektorat prawicowy jest bardzo wrażliwy na zjawiska korupcji i tak szybko nie wybacza" - stwierdził Mężydło.
Oscarowa noc znów w TVP
Dwugodzinna relacja z uroczystego powitania gwiazd i twórców przybywających na oscarową ceremonię będzie ważnym elementem programu przygotowywanego przez TVP1 na noc oscarową - z niedzieli na poniedziałek (z 24 na 25 lutego).
Pokazanie, jak słynne postaci kina wkraczają po czerwonym dywanie na uroczystość Oscarów, jak są witane przez tłumy widzów i ekipy reporterskie z całego świata, stało się możliwe dzięki zakupowi przez TVP S.A. prawa do jednokrotnej emisji ekskluzywnego programu Disneya "Evening At The Academy Awards: The Arrivals" - dowiedziała się w czwartek PAP od Zespołu Rzecznika Prasowego TVP S.A.
Program "W drodze po Oscara" rozpocznie się w TVP 1 ok. godz. 1.00. Poprowadzi go Radek Brzózka, a o filmach mówić będą krytycy Krzysztof Kłopotowski i Agnieszka Szydłowska.
Dwugodzinna relacja z uroczystego powitania gwiazd i filmowych twórców przybywających na Oscarową ceremonię będzie jednym z elementów tego programu.
Przewidziano ponadto m.in. połączenia z Los Angeles - z korespondentem TVP w USA Piotrem Kraśko, który będzie śledził przebieg ceremonii.
Program w TVP1 zakończy się przed godz. 6.00, ale temat Oscarów będzie kontynuowany w porannym magazynie "Kawa czy herbata" - poprzez łącza satelitarne z Los Angeles i rozmowy z zaproszonymi gośćmi.
W poniedziałek 25 lutego, tuż po spektaklu Teatru TV, TVP1 nada reportaż Kraśki o pobycie w USA ekipy filmu "Katyń" Andrzeja Wajdy. Z kolei we wtorek 26 lutego o godz. 22.30 TVP1 zaprezentuje półtoragodzinny skrót z ceremonii rozdania Oscarów.
Podczas oscarowej gali okaże się, czy cenna statuetka przypadnie Andrzejowi Wajdzie, którego film "Katyń" nominowano do Oscara w kategorii najlepszy obraz nieanglojęzyczny.
Konkurentami "Katynia" są w tej kategorii: "Fałszerze" Stefana Ruzowitzky'ego (Austria), "Beaufort" Josepha Cedara (Izrael), "Mongoł" Siergieja Bodrowa (Kazachstan) i "12" Nikity Michałkowa (Rosja).
Pokazanie, jak słynne postaci kina wkraczają po czerwonym dywanie na uroczystość Oscarów, jak są witane przez tłumy widzów i ekipy reporterskie z całego świata, stało się możliwe dzięki zakupowi przez TVP S.A. prawa do jednokrotnej emisji ekskluzywnego programu Disneya "Evening At The Academy Awards: The Arrivals" - dowiedziała się w czwartek PAP od Zespołu Rzecznika Prasowego TVP S.A.
Program "W drodze po Oscara" rozpocznie się w TVP 1 ok. godz. 1.00. Poprowadzi go Radek Brzózka, a o filmach mówić będą krytycy Krzysztof Kłopotowski i Agnieszka Szydłowska.
Dwugodzinna relacja z uroczystego powitania gwiazd i filmowych twórców przybywających na Oscarową ceremonię będzie jednym z elementów tego programu.
Przewidziano ponadto m.in. połączenia z Los Angeles - z korespondentem TVP w USA Piotrem Kraśko, który będzie śledził przebieg ceremonii.
Program w TVP1 zakończy się przed godz. 6.00, ale temat Oscarów będzie kontynuowany w porannym magazynie "Kawa czy herbata" - poprzez łącza satelitarne z Los Angeles i rozmowy z zaproszonymi gośćmi.
W poniedziałek 25 lutego, tuż po spektaklu Teatru TV, TVP1 nada reportaż Kraśki o pobycie w USA ekipy filmu "Katyń" Andrzeja Wajdy. Z kolei we wtorek 26 lutego o godz. 22.30 TVP1 zaprezentuje półtoragodzinny skrót z ceremonii rozdania Oscarów.
Podczas oscarowej gali okaże się, czy cenna statuetka przypadnie Andrzejowi Wajdzie, którego film "Katyń" nominowano do Oscara w kategorii najlepszy obraz nieanglojęzyczny.
Konkurentami "Katynia" są w tej kategorii: "Fałszerze" Stefana Ruzowitzky'ego (Austria), "Beaufort" Josepha Cedara (Izrael), "Mongoł" Siergieja Bodrowa (Kazachstan) i "12" Nikity Michałkowa (Rosja).
czwartek, 7 lutego 2008
TVP i TV Trwam na jednym transponderze
Za 2-3 tygodnie powinna rozpocząć się regularna emisja programu TV Trwam z transpondera dzierżawionego przez TVP na satelicie Astra - poinformowało w czwartek biuro prasowe Telewizji Polskiej.
Emisja odbywać się będzie na podstawie umowy handlowej, którą TVP zawarła z TV Trwam w 2007 r. Jak dodano w komunikacie, od 5 lutego program TV Trwam jest nadawany na tych częstotliwościach w ramach testów technicznych.
Członek zarządu TVP Marcin Bochenek podkreśla, że jest to zwykła transakcja handlowa.
O sprawie napisał czwartkowy Presserwis. Jak podaje, "dotychczas stacja związana z Tadeuszem Rydzykiem nadawała z innej częstotliwości - również na Astrze - tam jednak dzieliła pasmo m.in. z czeską telewizją muzyczną Ocko, belgijską stacją RTBF i niemiecką o profilu erotycznym - Eurotic TV. Teraz TV Trwam można oglądać dodatkowo z pojemności satelitarnej telewizji publicznej, na której nadaje jedynie adresowany do Białorusinów kanał TVP - Belsat".
"Jeśli TVP porozumie się ze stacją ojca Rydzyka, Trwam będzie nadawana wyłącznie z pasma telewizji publicznej" - napisano w Presserwisie.
Członek zarządu TVP Marcin Bochenek podkreśla, że wydzierżawienie TV Trwam pojemności na transponderze jest zwykłą transakcją biznesową. Podobną transakcję zawarto też - jak powiedział Bochenek - z inną telewizją "Superstacja".
"TVP dzierżawi tzw. transpondery na satelicie, czyli miejsca, gdzie można umieścić program. Transpondery dzierżawimy na podstawie umowy z 2005 r., którą zarząd pod kierownictwem Jana Dworaka zawarł z Astrą" - powiedział PAP Bochenek.
"Na takim transponderze jest miejsce na kilka kanałów telewizyjnych, my wynajmujemy dwa takie transpondery - są na nich nasze kanały, ale nie wykorzystujemy całej naszej pojemności. Dlatego wolną pojemność odsprzedajemy, czyli wynajmujemy za pieniądze TV Trwam" - dodał.
"Jeśli jest klient, który chce coś wynająć, a my mamy coś do wynajęcia, to jest to normalna umowa handlowa" - powiedział Bochenek. Nie zdradził kwoty transakcji, która objęta jest tajemnicą handlową. "Ale są to rzeczy dla obu stron opłacalne" - zaznaczył.
Emisja odbywać się będzie na podstawie umowy handlowej, którą TVP zawarła z TV Trwam w 2007 r. Jak dodano w komunikacie, od 5 lutego program TV Trwam jest nadawany na tych częstotliwościach w ramach testów technicznych.
Członek zarządu TVP Marcin Bochenek podkreśla, że jest to zwykła transakcja handlowa.
O sprawie napisał czwartkowy Presserwis. Jak podaje, "dotychczas stacja związana z Tadeuszem Rydzykiem nadawała z innej częstotliwości - również na Astrze - tam jednak dzieliła pasmo m.in. z czeską telewizją muzyczną Ocko, belgijską stacją RTBF i niemiecką o profilu erotycznym - Eurotic TV. Teraz TV Trwam można oglądać dodatkowo z pojemności satelitarnej telewizji publicznej, na której nadaje jedynie adresowany do Białorusinów kanał TVP - Belsat".
"Jeśli TVP porozumie się ze stacją ojca Rydzyka, Trwam będzie nadawana wyłącznie z pasma telewizji publicznej" - napisano w Presserwisie.
Członek zarządu TVP Marcin Bochenek podkreśla, że wydzierżawienie TV Trwam pojemności na transponderze jest zwykłą transakcją biznesową. Podobną transakcję zawarto też - jak powiedział Bochenek - z inną telewizją "Superstacja".
"TVP dzierżawi tzw. transpondery na satelicie, czyli miejsca, gdzie można umieścić program. Transpondery dzierżawimy na podstawie umowy z 2005 r., którą zarząd pod kierownictwem Jana Dworaka zawarł z Astrą" - powiedział PAP Bochenek.
"Na takim transponderze jest miejsce na kilka kanałów telewizyjnych, my wynajmujemy dwa takie transpondery - są na nich nasze kanały, ale nie wykorzystujemy całej naszej pojemności. Dlatego wolną pojemność odsprzedajemy, czyli wynajmujemy za pieniądze TV Trwam" - dodał.
"Jeśli jest klient, który chce coś wynająć, a my mamy coś do wynajęcia, to jest to normalna umowa handlowa" - powiedział Bochenek. Nie zdradził kwoty transakcji, która objęta jest tajemnicą handlową. "Ale są to rzeczy dla obu stron opłacalne" - zaznaczył.
PiS skarży Chlebowskiego do Komisji Etyki
Klub PiS chce, aby sejmowa Komisji Etyki Poselskiej ukarała szefa klubu PO Zbigniewa Chlebowskiego za słowa o "państwie policyjnym". W czwartek PiS złożył wniosek w tej sprawie.
Rzecznik klubu PiS Mariusz Kamiński powiedział PAP, że chodzi czwartkową wypowiedź Chlebowskiego w Radiu ZET. Polityk PO, odnosząc się do czasów rządów PiS stwierdził, że "żyliśmy w państwie policyjnym".
Według PiS, takie słowa to oszczerstwo. "Taka wypowiedź nie licuje z powagą urzędu posła i stoi w jawnej sprzeczności z dobrymi obyczajami" - napisano w uzasadnieniu wniosku PiS.
Chlebowski był pytany w Radiu ZET o wniosek PO, aby minister sprawiedliwości przedstawił posłom informację o "ilości, zasadności i skali stosowanych prowokacji i podsłuchów".
Informacja taka zostanie najprawdopodobniej przedstawiona w piątek na utajnionej części posiedzenia Sejmu.
W poniedziałek szef sejmowej speckomisji Janusz Zemke (LiD) powiedział, że z informacji dla komisji z audytu w ABW wynika, że "stwierdzono na razie 94 przypadki" podsłuchów zakładanych niezgodnie z procedurami za rządów PiS.
"Dziś można domniemywać, że naprawdę żyliśmy w państwie policyjnym, że każdy mógł się liczyć z tym, że był podsłuchiwany. Dla mnie to jest kompletnie niezrozumiałe. To musi budzić wątpliwości" - powiedział Chlebowski.
Rzecznik klubu PiS Mariusz Kamiński powiedział PAP, że chodzi czwartkową wypowiedź Chlebowskiego w Radiu ZET. Polityk PO, odnosząc się do czasów rządów PiS stwierdził, że "żyliśmy w państwie policyjnym".
Według PiS, takie słowa to oszczerstwo. "Taka wypowiedź nie licuje z powagą urzędu posła i stoi w jawnej sprzeczności z dobrymi obyczajami" - napisano w uzasadnieniu wniosku PiS.
Chlebowski był pytany w Radiu ZET o wniosek PO, aby minister sprawiedliwości przedstawił posłom informację o "ilości, zasadności i skali stosowanych prowokacji i podsłuchów".
Informacja taka zostanie najprawdopodobniej przedstawiona w piątek na utajnionej części posiedzenia Sejmu.
W poniedziałek szef sejmowej speckomisji Janusz Zemke (LiD) powiedział, że z informacji dla komisji z audytu w ABW wynika, że "stwierdzono na razie 94 przypadki" podsłuchów zakładanych niezgodnie z procedurami za rządów PiS.
"Dziś można domniemywać, że naprawdę żyliśmy w państwie policyjnym, że każdy mógł się liczyć z tym, że był podsłuchiwany. Dla mnie to jest kompletnie niezrozumiałe. To musi budzić wątpliwości" - powiedział Chlebowski.
PiS: Chlebowski nie dopuścił do głosu związkowców
Klub PiS określił w czwartek mianem "skandalu" zachowanie Zbigniewa Chlebowskiego (PO), który - jak relacjonowali posłowie PiS - miał nie dopuścić do głosu związkowców w czasie środowego posiedzenia połączonych komisji: Administracji i Spraw Wewnętrznych oraz Finansów Publicznych.
Wiceszef Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych Jarosław Zieliński (PiS) podkreślił, że wspólne posiedzenie obu komisji było poświęcone "sytuacji na wschodniej granicy Polski, protestowi celników i działaniom rządu w tej sprawie".
Według Zielińskiego, podczas posiedzenia, któremu przewodniczył szef Komisji Finansów Publicznych Zbigniew Chlebowski (PO), "rząd w wielkim samozadowoleniu dużo mówił, ale niewiele wyjaśnił".
Podczas posiedzenia wicepremier, szef MSWiA Grzegorz Schetyna mówił m.in., że choć nie ma formalnego porozumienia związków zawodowych celników z rządem, ponieważ związkowcy zerwali rozmowy, to celnicy zaakceptowali propozycje rządu i wrócili do pracy.
Rząd zaproponował celnikom 500 zł podwyżki brutto od 1 stycznia 2008 roku oraz zwiększenie ochrony prawnej. Rząd chce też przygotować projekt ustawy modernizacyjnej, która zrównywałaby warunki pracy celników z innymi służbami mundurowymi. Projekt ustawy ma być przygotowany do końca kwietnia i wejść w życie 1 stycznia 2009 roku.
Według Zielińskiego, "zupełnym skandalem" podczas środowego posiedzenia komisji było to, że "nie dopuszczono do głosu przedstawicieli strony społecznej - związków zawodowych, którzy byli obecni na posiedzeniu i chcieli zabrać głos".
Poseł PiS relacjonował, że Chlebowski tłumaczył, że nie mógł dopuścić do głosu związkowców, "bo chciał, by debata była poważna". W ocenie posła PiS, "to jest prawdziwy stosunek rządu do społeczeństwa, to coś niedopuszczalnego, co budzi nas sprzeciw". Jak dodał, okazało się, że według Chlebowskiego "władzę ma ten, kto ma mikrofon".
Zieliński podkreślał, że wbrew "samozadowoleniu" rządu problem celników nie został rozwiązany, a "przygaszony".
Podobnego zdania jest wiceszefowa Komisji Finansów Publicznych Aleksandra Natalli-Świat, która podkreślała, że klub PiS "uzyskuje informacje od środowisk celnych, że porozumienie (z celnikami) jednak wcale nie zostało podpisane, że tak naprawdę problem jest odsunięty w czasie".
Według posłanki, która również uczestniczyła w środowym posiedzeniu połączonych komisji, Chlebowski "wyraźnie bał się dopuszczenia do głosu strony związkowej, bał się pytań, które mogły paść".
Oburzenia z powodu niedopuszczenia do głosu w czasie środowego posiedzenia nie krył uczestniczący w konferencji PiS przewodniczący Rady Sekcji Krajowej Pracowników Skarbowych NSZZ "Solidarność" Tomasz Ludwiński.
"Od wielu lat współpracujemy z sejmowymi komisjami (...) i nigdy nie zdarzyło się, by odmówiono zaproszonych gościom, stronie społecznej zabrania głosu" - powiedział Ludwiński.
Także Ludwiński podzielił pogląd, że sprawa celników nie została rozwiązana. "W tej chwili to już nie jest kwestia niepokoju w służbie celnej, ale kwestia niepokoju w służbach skarbowych" - ocenił.
Jak dodał, podwyżki dla celników mają być finansowane ze środków przeznaczonych na dodatki specjalne dla pracowników służby cywilnej. "Jest to zabranie jednej grupie, której podwyżki też się nie należą i danie drugiej grupie" - powiedział Ludwiński. Ocenił, że może to wywołać kolejne niepokoje.
Wiceszef Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych Jarosław Zieliński (PiS) podkreślił, że wspólne posiedzenie obu komisji było poświęcone "sytuacji na wschodniej granicy Polski, protestowi celników i działaniom rządu w tej sprawie".
Według Zielińskiego, podczas posiedzenia, któremu przewodniczył szef Komisji Finansów Publicznych Zbigniew Chlebowski (PO), "rząd w wielkim samozadowoleniu dużo mówił, ale niewiele wyjaśnił".
Podczas posiedzenia wicepremier, szef MSWiA Grzegorz Schetyna mówił m.in., że choć nie ma formalnego porozumienia związków zawodowych celników z rządem, ponieważ związkowcy zerwali rozmowy, to celnicy zaakceptowali propozycje rządu i wrócili do pracy.
Rząd zaproponował celnikom 500 zł podwyżki brutto od 1 stycznia 2008 roku oraz zwiększenie ochrony prawnej. Rząd chce też przygotować projekt ustawy modernizacyjnej, która zrównywałaby warunki pracy celników z innymi służbami mundurowymi. Projekt ustawy ma być przygotowany do końca kwietnia i wejść w życie 1 stycznia 2009 roku.
Według Zielińskiego, "zupełnym skandalem" podczas środowego posiedzenia komisji było to, że "nie dopuszczono do głosu przedstawicieli strony społecznej - związków zawodowych, którzy byli obecni na posiedzeniu i chcieli zabrać głos".
Poseł PiS relacjonował, że Chlebowski tłumaczył, że nie mógł dopuścić do głosu związkowców, "bo chciał, by debata była poważna". W ocenie posła PiS, "to jest prawdziwy stosunek rządu do społeczeństwa, to coś niedopuszczalnego, co budzi nas sprzeciw". Jak dodał, okazało się, że według Chlebowskiego "władzę ma ten, kto ma mikrofon".
Zieliński podkreślał, że wbrew "samozadowoleniu" rządu problem celników nie został rozwiązany, a "przygaszony".
Podobnego zdania jest wiceszefowa Komisji Finansów Publicznych Aleksandra Natalli-Świat, która podkreślała, że klub PiS "uzyskuje informacje od środowisk celnych, że porozumienie (z celnikami) jednak wcale nie zostało podpisane, że tak naprawdę problem jest odsunięty w czasie".
Według posłanki, która również uczestniczyła w środowym posiedzeniu połączonych komisji, Chlebowski "wyraźnie bał się dopuszczenia do głosu strony związkowej, bał się pytań, które mogły paść".
Oburzenia z powodu niedopuszczenia do głosu w czasie środowego posiedzenia nie krył uczestniczący w konferencji PiS przewodniczący Rady Sekcji Krajowej Pracowników Skarbowych NSZZ "Solidarność" Tomasz Ludwiński.
"Od wielu lat współpracujemy z sejmowymi komisjami (...) i nigdy nie zdarzyło się, by odmówiono zaproszonych gościom, stronie społecznej zabrania głosu" - powiedział Ludwiński.
Także Ludwiński podzielił pogląd, że sprawa celników nie została rozwiązana. "W tej chwili to już nie jest kwestia niepokoju w służbie celnej, ale kwestia niepokoju w służbach skarbowych" - ocenił.
Jak dodał, podwyżki dla celników mają być finansowane ze środków przeznaczonych na dodatki specjalne dla pracowników służby cywilnej. "Jest to zabranie jednej grupie, której podwyżki też się nie należą i danie drugiej grupie" - powiedział Ludwiński. Ocenił, że może to wywołać kolejne niepokoje.
W kodeksie wyborczym PO m.in. jednomandatowe okręgi
230 posłów wybieranych w jednomandatowych okręgach wyborczych, 230 w systemie proporcjonalnym, jeden okręg wyborczy w wyborach do europarlamentu - to niektóre propozycje, które PO chce zawrzeć w przygotowywanym kodeksie wyborczym.
Pracujący nad zebraniem wszystkich ordynacji w jeden tekst Waldy Dzikowski (PO) ma spotkać się w czwartek w sprawie uzgodnień dotyczących kodeksu z Markiem Kuchcińskim z PiS.
"Jestem teraz na etapie konsultowania z poszczególnymi klubami. Rozmawiałem z LiD, PSL, przedstawiam propozycje" - powiedział w czwartek PAP Dzikowski.
Zgodnie z propozycjami Dzikowskiego, wybór połowy posłów odbywałby się w okręgach jednomandatowych. Miejsce w ławach poselskich otrzymywaliby ci kandydaci, którzy zebraliby największą liczbę głosów w okręgu.
Druga połowa posłów wybierana byłaby na takich zasadach jak obecnie, w systemie proporcjonalnym. Taki mieszany system wyborczy - zdaniem Dzikowskiego - nie będzie wymagał zmiany konstytucji, która przewiduje, że wybory są proporcjonalne.
Szanse na uchwalenie takich zmian są spore, bo z podobną propozycją wychodziło w zeszłej kadencji PiS. Nie wiadomo jeszcze, jak będzie wyglądała sprawa progu wyborczego.
Z kolei w wyborach do Parlamentu Europejskiego - według zamysłu Dzikowskiego - cały obszar Polski byłby jednym okręgiem wyborczym. Obecnie kandydaci walczą o mandaty w 13 okręgach.
Taka zmiana spowodowałaby, że o 50 miejsc w PE wszyscy kandydaci - niezależnie od miejsca, z którego dotychczas startowali - walczyliby z listy krajowej.
Propozycja ma dwa warianty. Pierwszy przewiduje, że mandaty zdobywaliby kandydaci umieszczeni najwyżej na liście partyjnej, która przekroczy próg wyborczy.
Zgodnie z drugim, europosłami zostaliby ci, którzy dostaliby najwięcej głosów w skali kraju. "To są propozycje do konsultacji" - zastrzegł Dzikowski.
Ordynacja do parlamentu europejskiego - jak mówił poseł - musi być uchwalona w miarę szybko, do października. Pośpiech jest konieczny, w maju 2009 planowane są wybory do Parlamentu Europejskiego, a prawo wyborcze nie może - zgodnie z wykładnią TK - być uchwalone później niż 6 miesięcy przed datą wyborów.
"Wysyłamy za granicę naszych ambasadorów, ludzi, którzy powinni godnie reprezentować nasze środowiska, to powinni być profesjonaliści, nie ludzie z przypadku" - argumentuje konieczność zmian Dzikowski.
Jeżeli proponowane przez PO zmiany wejdą w życie, rewolucja odbędzie się też w przepisach dotyczących wyboru senatorów. Propozycja PO przewiduje, że będą oni wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych. Oznacza to, że np. Warszawa byłaby podzielona na cztery okręgi, bo tylu senatorów wybiera się obecnie ze stolicy.
PO chce też, by również samorządowcy wszystkich szczebli byli wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych. Do tej propozycji - jak zaznaczył Dzikowski - sceptycznie odnosi się jednak LiD, który chciałby, aby jednomandatowe okręgi obowiązywały jedynie w gminach do 40 tys. mieszkańców.
Najmniejsze ewentualne zmiany będą dotyczyć ordynacji prezydenckiej. PO chce wprowadzić jedynie sugestie PKW, dotyczące ujednolicenia przepisów.
"Chcemy, żeby ta konstytucja wyborcza, kodeks wyborczy był w miarę uzgodniony międzyklubowo, dlatego trwają rozmowy. W imieniu klubu prowadzę je ja, takie jest zalecenie pana premiera" - powiedział polityk PO.
Dzikowski spodziewa się, że opinie klubów co do konkretnych propozycji będą znane po wakacjach. "Wstępna aprobata jest wyrażona. Jest ochota do rozmowy, tylko trzeba znaleźć odpowiedni kompromis" - podkreślił.
Pracujący nad zebraniem wszystkich ordynacji w jeden tekst Waldy Dzikowski (PO) ma spotkać się w czwartek w sprawie uzgodnień dotyczących kodeksu z Markiem Kuchcińskim z PiS.
"Jestem teraz na etapie konsultowania z poszczególnymi klubami. Rozmawiałem z LiD, PSL, przedstawiam propozycje" - powiedział w czwartek PAP Dzikowski.
Zgodnie z propozycjami Dzikowskiego, wybór połowy posłów odbywałby się w okręgach jednomandatowych. Miejsce w ławach poselskich otrzymywaliby ci kandydaci, którzy zebraliby największą liczbę głosów w okręgu.
Druga połowa posłów wybierana byłaby na takich zasadach jak obecnie, w systemie proporcjonalnym. Taki mieszany system wyborczy - zdaniem Dzikowskiego - nie będzie wymagał zmiany konstytucji, która przewiduje, że wybory są proporcjonalne.
Szanse na uchwalenie takich zmian są spore, bo z podobną propozycją wychodziło w zeszłej kadencji PiS. Nie wiadomo jeszcze, jak będzie wyglądała sprawa progu wyborczego.
Z kolei w wyborach do Parlamentu Europejskiego - według zamysłu Dzikowskiego - cały obszar Polski byłby jednym okręgiem wyborczym. Obecnie kandydaci walczą o mandaty w 13 okręgach.
Taka zmiana spowodowałaby, że o 50 miejsc w PE wszyscy kandydaci - niezależnie od miejsca, z którego dotychczas startowali - walczyliby z listy krajowej.
Propozycja ma dwa warianty. Pierwszy przewiduje, że mandaty zdobywaliby kandydaci umieszczeni najwyżej na liście partyjnej, która przekroczy próg wyborczy.
Zgodnie z drugim, europosłami zostaliby ci, którzy dostaliby najwięcej głosów w skali kraju. "To są propozycje do konsultacji" - zastrzegł Dzikowski.
Ordynacja do parlamentu europejskiego - jak mówił poseł - musi być uchwalona w miarę szybko, do października. Pośpiech jest konieczny, w maju 2009 planowane są wybory do Parlamentu Europejskiego, a prawo wyborcze nie może - zgodnie z wykładnią TK - być uchwalone później niż 6 miesięcy przed datą wyborów.
"Wysyłamy za granicę naszych ambasadorów, ludzi, którzy powinni godnie reprezentować nasze środowiska, to powinni być profesjonaliści, nie ludzie z przypadku" - argumentuje konieczność zmian Dzikowski.
Jeżeli proponowane przez PO zmiany wejdą w życie, rewolucja odbędzie się też w przepisach dotyczących wyboru senatorów. Propozycja PO przewiduje, że będą oni wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych. Oznacza to, że np. Warszawa byłaby podzielona na cztery okręgi, bo tylu senatorów wybiera się obecnie ze stolicy.
PO chce też, by również samorządowcy wszystkich szczebli byli wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych. Do tej propozycji - jak zaznaczył Dzikowski - sceptycznie odnosi się jednak LiD, który chciałby, aby jednomandatowe okręgi obowiązywały jedynie w gminach do 40 tys. mieszkańców.
Najmniejsze ewentualne zmiany będą dotyczyć ordynacji prezydenckiej. PO chce wprowadzić jedynie sugestie PKW, dotyczące ujednolicenia przepisów.
"Chcemy, żeby ta konstytucja wyborcza, kodeks wyborczy był w miarę uzgodniony międzyklubowo, dlatego trwają rozmowy. W imieniu klubu prowadzę je ja, takie jest zalecenie pana premiera" - powiedział polityk PO.
Dzikowski spodziewa się, że opinie klubów co do konkretnych propozycji będą znane po wakacjach. "Wstępna aprobata jest wyrażona. Jest ochota do rozmowy, tylko trzeba znaleźć odpowiedni kompromis" - podkreślił.
LiD chce likwidacji CBA
W klubie poselskim Lewicy i Demokratów rozpoczęły się prace nad przygotowaniem projektu ustawy likwidującej Centralne Biuro Antykorupcyjne - powiedział w czwartek PAP przewodniczący klubu LiD Wojciech Olejniczak.
Olejniczak podkreślił, że na razie nie jest jeszcze przesądzone, czy będzie to projekt likwidujący CBA, czy też mocno ograniczający jego kompetencje.
Wszystko zależy od tego, czy propozycja likwidacji CBA uzyska poparcie klubów koalicji PO-PSL. Jeżeli nie, to LiD zgłosi poprawkę ograniczającą rolę CBA - zapowiedział Olejniczak.
Zdaniem posła LiD Ryszarda Kalisza, "CBA jest instytucją niekonstytucyjną, którą należy zlikwidować".
"CBA pod rządami PiS było instytucją nastawioną nie na walkę z korupcją, ale walkę z opozycją i prawami człowieka. Do walki z korupcją wystarczy policja, ABW i inne służby" - powiedział PAP Kalisz.
Pracami nad przygotowaniem projektu ustawy kierują poseł LiD Jan Widacki i b. wieloletnia posłanka SLD Katarzyna Piekarska.
Olejniczak podkreślił, że na razie nie jest jeszcze przesądzone, czy będzie to projekt likwidujący CBA, czy też mocno ograniczający jego kompetencje.
Wszystko zależy od tego, czy propozycja likwidacji CBA uzyska poparcie klubów koalicji PO-PSL. Jeżeli nie, to LiD zgłosi poprawkę ograniczającą rolę CBA - zapowiedział Olejniczak.
Zdaniem posła LiD Ryszarda Kalisza, "CBA jest instytucją niekonstytucyjną, którą należy zlikwidować".
"CBA pod rządami PiS było instytucją nastawioną nie na walkę z korupcją, ale walkę z opozycją i prawami człowieka. Do walki z korupcją wystarczy policja, ABW i inne służby" - powiedział PAP Kalisz.
Pracami nad przygotowaniem projektu ustawy kierują poseł LiD Jan Widacki i b. wieloletnia posłanka SLD Katarzyna Piekarska.
Ogranicznie działań kontrwywiadu przez przecieki?
Sejmowa komisja ds. służb specjalnych rekomenduje ograniczenie działań Służby Kontrwywiadu Wojskowego w związku z wyciekiem tajnych dokumentów z SKW. Ma to zminimalizować straty SKW - podał przewodniczący komisji Janusz Zemke (LiD).
Według komisji, która w czwartek omawiała m.in. sytuację w SKW, w sytuacji wycieku najważniejszych informacji dotyczących służby, powinno się ograniczyć jej działalność do czasu ustalenia, gdzie trafiły te dokumenty.
Zemke podał, że w ub. tygodniu szef SKW sprawie wycieku informacji wystąpił z doniesieniem do Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Według komisji, która w czwartek omawiała m.in. sytuację w SKW, w sytuacji wycieku najważniejszych informacji dotyczących służby, powinno się ograniczyć jej działalność do czasu ustalenia, gdzie trafiły te dokumenty.
Zemke podał, że w ub. tygodniu szef SKW sprawie wycieku informacji wystąpił z doniesieniem do Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Macierewicz: seria przestępczych działań w SKW
Były szef SKW Antoni Macierewicz powiedział w czwartek, że w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego dochodzi obecnie do "przestępczych działań", a najnowsze doniesienia prasowe dotyczące nielegalnego kopiowania dokumentów za rządów PiS, to próba przykrycia obecnej sytuacji.
Na konferencji prasowej w Sejmie Macierewicz zaprzeczył doniesieniom czwartkowej "Gazety Wyborczej", która napisała, że najtajniejsze materiały kontrwywiadu wojskowego nielegalnie kopiowano i wynoszono tuż przed wyborami, kiedy PiS nie było pewne, czy utrzyma władzę.
Zdaniem Macierewicza, doniesienia te są całkowicie nieprawdziwe, a przeciek ze służb ma po prostu "przykryć" obecne "przestępcze działania" w SKW.
"Te wszystkie nieprawidłowości, które dzisiaj opisała 'GW' są wydumaną fikcją, nie mają miejsca, są próbą przykrycia przestępczych działań mającą na celu zniszczenie pierwszej służby (...) od 1944 roku, nie mającej żadnych związków z komunizmem" - podkreślił Macierewicz.
Według Macierewicza, to teraz w SKW, "odbywają się nielegalne przesłuchania, także po godz. 21". "Wiemy już dzisiaj, że mamy do czynienia z nielegalnymi podsłuchami oraz nielegalną inwigilacją stosowaną przez kierownictwo SKW, próbą wymuszenia fałszywych zeznań" - mówił.
"Każe się podpisywać przesłuchiwanym osobom zobowiązanie, że będą utrzymane w tajemnicy treści w przesłuchań, następnie te zobowiązania gdzieś nikną" - mówił Macierewicz, sugerując, że następnie osoby takie są zastraszane.
"Dysponujemy świadkami tych nielegalnych procedur i przedstawimy ich nie tylko w prokuraturze, ale także bardzo chętnie sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, jeżeli wreszcie tym skandalem, który się dzieje, komisja się zajmie" - dodał.
Pytany, skąd on sam wie o przestępczych działaniach w SKW, zapewnił, że informacje, którymi dysponuje pochodzą z dokumentów "w pełni jawnych". "Postępowanie, które było w tej sprawie prowadzone (...) było w pełni jawne" - dodał.
Dopytywany o konkretne nazwisko kogoś, kto miał złamać prawo, Macierewicz podkreślił tylko, że w odpowiednim czasie przedstawi świadków.
"W tej sprawie wnosimy do prokuratury o przestępcze i nielegalne działania p.o. szefa służby pułkownika rezerwy Grzegorza Reszki" - powiedział Macierewicz po konferencji dziennikarzom. Dodał, że doniesienie do prokuratury trafi jeszcze w czwartek, a najpóźniej w piątek.
Nowy szef SKW gen. Grzegorz Reszka złożył zawiadomienie do prokuratury o nielegalnym kopiowaniu dokumentów w SKW.
Zawiadomienie, według "GW", wraz z kilkuset stronami zeznań świadków - funkcjonariuszy, dotyczy popełnienia przestępstwa przez trzy osoby: byłą szefową biura ewidencji i archiwum (bezpośrednia podwładna b. szefa SKW Antoniego Macierewicza) oraz przez jej zastępcę i naczelnika biura.
Gazeta pisze, że Kontrola w SKW ujawniła, że była szefowa biura ewidencji i archiwum oraz jej zastępca dopuścili się nielegalnego kopiowania ściśle tajnych dokumentów ewidencji operacyjnej, czyli spisu spraw operacyjnych, ich kryptonimów oraz listy osób, które ze służbami współpracują.
Według "GW", bezprawne kopiowanie tajemnic SKW rozpoczęło się we wrześniu, czyli tuż przed wyborami, i trwało po zwycięstwie Platformy do listopada 2007 r. Antoni Macierewicz kierował wtedy SKW, a do 10 listopada także komisją weryfikacyjną rozwiązanych WSI.
Macierewicz kilkakrotnie zaprzeczył podczas konferencji, jakoby za jego czasów w SKW doszło do nielegalnego kopiowania dokumentów. Dopytywany, czy może kopiowano jakieś dokumenty zgodnie z przepisami, odpowiedział: "z pewnością".
Na konferencji prasowej w Sejmie Macierewicz zaprzeczył doniesieniom czwartkowej "Gazety Wyborczej", która napisała, że najtajniejsze materiały kontrwywiadu wojskowego nielegalnie kopiowano i wynoszono tuż przed wyborami, kiedy PiS nie było pewne, czy utrzyma władzę.
Zdaniem Macierewicza, doniesienia te są całkowicie nieprawdziwe, a przeciek ze służb ma po prostu "przykryć" obecne "przestępcze działania" w SKW.
"Te wszystkie nieprawidłowości, które dzisiaj opisała 'GW' są wydumaną fikcją, nie mają miejsca, są próbą przykrycia przestępczych działań mającą na celu zniszczenie pierwszej służby (...) od 1944 roku, nie mającej żadnych związków z komunizmem" - podkreślił Macierewicz.
Według Macierewicza, to teraz w SKW, "odbywają się nielegalne przesłuchania, także po godz. 21". "Wiemy już dzisiaj, że mamy do czynienia z nielegalnymi podsłuchami oraz nielegalną inwigilacją stosowaną przez kierownictwo SKW, próbą wymuszenia fałszywych zeznań" - mówił.
"Każe się podpisywać przesłuchiwanym osobom zobowiązanie, że będą utrzymane w tajemnicy treści w przesłuchań, następnie te zobowiązania gdzieś nikną" - mówił Macierewicz, sugerując, że następnie osoby takie są zastraszane.
"Dysponujemy świadkami tych nielegalnych procedur i przedstawimy ich nie tylko w prokuraturze, ale także bardzo chętnie sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, jeżeli wreszcie tym skandalem, który się dzieje, komisja się zajmie" - dodał.
Pytany, skąd on sam wie o przestępczych działaniach w SKW, zapewnił, że informacje, którymi dysponuje pochodzą z dokumentów "w pełni jawnych". "Postępowanie, które było w tej sprawie prowadzone (...) było w pełni jawne" - dodał.
Dopytywany o konkretne nazwisko kogoś, kto miał złamać prawo, Macierewicz podkreślił tylko, że w odpowiednim czasie przedstawi świadków.
"W tej sprawie wnosimy do prokuratury o przestępcze i nielegalne działania p.o. szefa służby pułkownika rezerwy Grzegorza Reszki" - powiedział Macierewicz po konferencji dziennikarzom. Dodał, że doniesienie do prokuratury trafi jeszcze w czwartek, a najpóźniej w piątek.
Nowy szef SKW gen. Grzegorz Reszka złożył zawiadomienie do prokuratury o nielegalnym kopiowaniu dokumentów w SKW.
Zawiadomienie, według "GW", wraz z kilkuset stronami zeznań świadków - funkcjonariuszy, dotyczy popełnienia przestępstwa przez trzy osoby: byłą szefową biura ewidencji i archiwum (bezpośrednia podwładna b. szefa SKW Antoniego Macierewicza) oraz przez jej zastępcę i naczelnika biura.
Gazeta pisze, że Kontrola w SKW ujawniła, że była szefowa biura ewidencji i archiwum oraz jej zastępca dopuścili się nielegalnego kopiowania ściśle tajnych dokumentów ewidencji operacyjnej, czyli spisu spraw operacyjnych, ich kryptonimów oraz listy osób, które ze służbami współpracują.
Według "GW", bezprawne kopiowanie tajemnic SKW rozpoczęło się we wrześniu, czyli tuż przed wyborami, i trwało po zwycięstwie Platformy do listopada 2007 r. Antoni Macierewicz kierował wtedy SKW, a do 10 listopada także komisją weryfikacyjną rozwiązanych WSI.
Macierewicz kilkakrotnie zaprzeczył podczas konferencji, jakoby za jego czasów w SKW doszło do nielegalnego kopiowania dokumentów. Dopytywany, czy może kopiowano jakieś dokumenty zgodnie z przepisami, odpowiedział: "z pewnością".
"Nie ujawnię nazwisk osób podsłuchiwanych"
Minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski powiedział w czwartek, że nie ujawni w piątek w Sejmie nazwisk osób podsłuchiwanych.
PO złożyła w Sejmie wniosek o przedstawienie przez ministra sprawiedliwości informacji "o ilości, zasadności i skali stosowanych prowokacji i podsłuchów, na co zgodę wydawały stosowne sądy".
Głosowanie w sprawie wprowadzenia tego punktu do porządku obrad ma dobyć się w piątek rano. Zarówno samo głosowanie, jak i ewentualne przedstawienie informacji odbyć ma się w utajnionej części posiedzenia.
"Nazwisk nie mogę ujawniać, bo to są informacje ze śledztwa, nie ma zresztą powodu takiego, żeby ujawniać. Śledztwo jest na początku dopiero, a takie informacje mimo tajnego trybu od razu się rozchodzą" - powiedział Ćwiąkalski dziennikarzom w Lublinie.
"Przedstawię informację dotyczącą części podsłuchów, tam gdzie mogę to ujawnić" - dodał Ćwiąkalski.
Zdaniem ministra, tajny charakter posiedzenia Sejmu to za mało, aby ujawniać informacje dotyczące podsłuchów.
"Ta tajność jest względna, a poza tym posłowie nie mają dopuszczenia do tajemnicy, tylko część ma te uprawnienia. W związku z tym sama tajność obrad tutaj nie wystarczy, dlatego że informacja, którą bym przedstawił jest tajemnicą państwową" - zaznaczył Ćwiąkalski.
Wyraził też zaniepokojenie skalą przypadków zakładania podsłuchów. "Jeżeli dochodzi do naruszenia praw człowieka - o ile się te informacje potwierdzą w śledztwie - to może niepokoić, dlatego, że - uważam - 94 wypadki to jest olbrzymia skala, a poza tym mnie niepokoi każdy pojedynczy wypadek" - powiedział.
"Gdyby nie zwolniono człowieka zatrzymanego po 48 godzinach, to jest to przestępstwo, a tutaj jeżeli nie zlikwidowano podsłuchu po okresie, na jaki był zarządzony i na jaki uzyskano zgodę, to jest sytuacja bardzo podobna" - podkreślił Ćwiąkalski.
W poniedziałek szef sejmowej speckomisji Janusz Zemke (LiD) powiedział, że z informacji dla komisji z audytu w ABW wynika, że "stwierdzono na razie 94 przypadki" podsłuchów zakładanych niezgodnie z procedurami za rządów PiS.
Według Zemkego, ABW dostawała np. zgodę na podsłuchiwanie kogoś przez miesiąc, a podsłuchiwano znacznie dłużej. Dodał, że występowano o podsłuchiwanie Janusza Kaczmarka, a do sądu trafiał wniosek o zgodę na podsłuchiwanie osoby nieznanej.
B. szef ABW Bogdan Święczkowski zapewnia, że podsłuchów używano jedynie w uzasadnionych przypadkach i zawsze za zgodą sądu. Sama Agencja nie komentuje sprawy.
PO złożyła w Sejmie wniosek o przedstawienie przez ministra sprawiedliwości informacji "o ilości, zasadności i skali stosowanych prowokacji i podsłuchów, na co zgodę wydawały stosowne sądy".
Głosowanie w sprawie wprowadzenia tego punktu do porządku obrad ma dobyć się w piątek rano. Zarówno samo głosowanie, jak i ewentualne przedstawienie informacji odbyć ma się w utajnionej części posiedzenia.
"Nazwisk nie mogę ujawniać, bo to są informacje ze śledztwa, nie ma zresztą powodu takiego, żeby ujawniać. Śledztwo jest na początku dopiero, a takie informacje mimo tajnego trybu od razu się rozchodzą" - powiedział Ćwiąkalski dziennikarzom w Lublinie.
"Przedstawię informację dotyczącą części podsłuchów, tam gdzie mogę to ujawnić" - dodał Ćwiąkalski.
Zdaniem ministra, tajny charakter posiedzenia Sejmu to za mało, aby ujawniać informacje dotyczące podsłuchów.
"Ta tajność jest względna, a poza tym posłowie nie mają dopuszczenia do tajemnicy, tylko część ma te uprawnienia. W związku z tym sama tajność obrad tutaj nie wystarczy, dlatego że informacja, którą bym przedstawił jest tajemnicą państwową" - zaznaczył Ćwiąkalski.
Wyraził też zaniepokojenie skalą przypadków zakładania podsłuchów. "Jeżeli dochodzi do naruszenia praw człowieka - o ile się te informacje potwierdzą w śledztwie - to może niepokoić, dlatego, że - uważam - 94 wypadki to jest olbrzymia skala, a poza tym mnie niepokoi każdy pojedynczy wypadek" - powiedział.
"Gdyby nie zwolniono człowieka zatrzymanego po 48 godzinach, to jest to przestępstwo, a tutaj jeżeli nie zlikwidowano podsłuchu po okresie, na jaki był zarządzony i na jaki uzyskano zgodę, to jest sytuacja bardzo podobna" - podkreślił Ćwiąkalski.
W poniedziałek szef sejmowej speckomisji Janusz Zemke (LiD) powiedział, że z informacji dla komisji z audytu w ABW wynika, że "stwierdzono na razie 94 przypadki" podsłuchów zakładanych niezgodnie z procedurami za rządów PiS.
Według Zemkego, ABW dostawała np. zgodę na podsłuchiwanie kogoś przez miesiąc, a podsłuchiwano znacznie dłużej. Dodał, że występowano o podsłuchiwanie Janusza Kaczmarka, a do sądu trafiał wniosek o zgodę na podsłuchiwanie osoby nieznanej.
B. szef ABW Bogdan Święczkowski zapewnia, że podsłuchów używano jedynie w uzasadnionych przypadkach i zawsze za zgodą sądu. Sama Agencja nie komentuje sprawy.
środa, 6 lutego 2008
Premier: rząd popiera abolicję podatkową
Premier Donald Tusk zadeklarował, że jego rząd jest zdeterminowany, aby doprowadzić do sytuacji, w której Polacy pracujący za granicą zostaliby zwolnieni z obowiązku płacenia w Polsce podatku od dochodów uzyskanych w innych krajach.
"Będziemy chcieli sfinalizować kwestię abolicji" - podkreślił Tusk podczas środowej konferencji prasowej w Warszawie.
"Jest możliwość ustawowa i równocześnie badamy drugą ścieżkę, która może zadziałać skuteczniej - indywidualne, w skali masowej, poprzez decyzje samego ministerstwa finansów i skarbówki - odstąpienie od ściągnięcia podatków. Ta alternatywa jest realna" - powiedział szef rządu.
Jak dodał, spotkał się już w tej sprawie z ministrem finansów Jackiem Rostowskim.
Tusk powiedział, że w niczym nie przeszkadza mu fakt, że projekt o abolicji podatkowej złożył klub LiD. "Mnie jest zupełnie obojętne, kto składa projekty. Zobaczymy co najskuteczniej ochroni Polaków od skutków podwójnego opodatkowania i to rozwiązanie na pewno w tym roku wprowadzimy w życie" - podkreślił.
Jak ocenił, projekt LiD spełnia zapowiedź Platformy.
Posłowie LiD chcieli, by Sejm zajął się ich projektem abolicji podatkowej jeszcze na obecnym posiedzeniu. Projekt nowelizacji ustawy o PIT zakłada, że Polacy pracujący za granicą w latach 2002- 2006 zostaliby zwolnieni z zapłaty podatku w Polsce od dochodów uzyskanych za granicą.
Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski poinformował jednak rano posłów, że projekt ten może zostać rozpatrzony ewentualnie dopiero na następnym posiedzeniu - za 3 tygodnie. Przekonywał, że chodzi o to, aby tak ważne zmiany w podatkach odbyły się w ramach "całościowego projektu". Dlatego - mówił - warto poczekać 2-3 tygodnie na stanowisko rządu i wtedy projekty koalicji rządowej oraz LiD rozpatrywane będą razem.
Do tej sprawy ponownie odniósł się na późniejszej konferencji prasowej szef klubu LiD Wojciech Olejniczak. "Domagamy się, aby nasze prace, które rozpoczęliśmy w tej kadencji nie były blokowane" - oświadczył Olejniczak. Jak dodał, dotyczy to nie tylko abolicji podatkowej, ale też m.in. projektów noweli ustawy o Trybunale Konstytucyjnym oraz o przekazaniu dodatkowych środków na leczenie chorób psychicznych i uzależnień.
"Apeluję jeszcze raz do marszałka, aby nasze projekty były pilnie procedowane, abyśmy mogli je uchwalić" - dodał Olejniczak.
"Będziemy chcieli sfinalizować kwestię abolicji" - podkreślił Tusk podczas środowej konferencji prasowej w Warszawie.
"Jest możliwość ustawowa i równocześnie badamy drugą ścieżkę, która może zadziałać skuteczniej - indywidualne, w skali masowej, poprzez decyzje samego ministerstwa finansów i skarbówki - odstąpienie od ściągnięcia podatków. Ta alternatywa jest realna" - powiedział szef rządu.
Jak dodał, spotkał się już w tej sprawie z ministrem finansów Jackiem Rostowskim.
Tusk powiedział, że w niczym nie przeszkadza mu fakt, że projekt o abolicji podatkowej złożył klub LiD. "Mnie jest zupełnie obojętne, kto składa projekty. Zobaczymy co najskuteczniej ochroni Polaków od skutków podwójnego opodatkowania i to rozwiązanie na pewno w tym roku wprowadzimy w życie" - podkreślił.
Jak ocenił, projekt LiD spełnia zapowiedź Platformy.
Posłowie LiD chcieli, by Sejm zajął się ich projektem abolicji podatkowej jeszcze na obecnym posiedzeniu. Projekt nowelizacji ustawy o PIT zakłada, że Polacy pracujący za granicą w latach 2002- 2006 zostaliby zwolnieni z zapłaty podatku w Polsce od dochodów uzyskanych za granicą.
Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski poinformował jednak rano posłów, że projekt ten może zostać rozpatrzony ewentualnie dopiero na następnym posiedzeniu - za 3 tygodnie. Przekonywał, że chodzi o to, aby tak ważne zmiany w podatkach odbyły się w ramach "całościowego projektu". Dlatego - mówił - warto poczekać 2-3 tygodnie na stanowisko rządu i wtedy projekty koalicji rządowej oraz LiD rozpatrywane będą razem.
Do tej sprawy ponownie odniósł się na późniejszej konferencji prasowej szef klubu LiD Wojciech Olejniczak. "Domagamy się, aby nasze prace, które rozpoczęliśmy w tej kadencji nie były blokowane" - oświadczył Olejniczak. Jak dodał, dotyczy to nie tylko abolicji podatkowej, ale też m.in. projektów noweli ustawy o Trybunale Konstytucyjnym oraz o przekazaniu dodatkowych środków na leczenie chorób psychicznych i uzależnień.
"Apeluję jeszcze raz do marszałka, aby nasze projekty były pilnie procedowane, abyśmy mogli je uchwalić" - dodał Olejniczak.
Wasserman o systemie informatycznym użytym w sprawie Kaczmarka
Zdaniem b.koordynatora ds. służb specjalnych Zbigniewa Wassermana (PiS), wykorzystanie systemu informatycznego przeznaczonego do zwalczania terroryzmu ws. byłego już ministra SWiA Janusza Kaczmarka "nie było zabronione przez prawo".
System informatyczny, który Polska uzyskała dla zwalczania terroryzmu został wykorzystany, by zaprezentować podczas ubiegłorocznej konferencji prasowej wizytę ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji Janusza Kaczmarka w warszawskim hotelu Marriott u biznesmena Ryszarda Krauzego - wynika z informacji przekazanych przez szefa komisji administracji i spraw wewnętrznych i byłego przewodniczący speckomisji Marka Biernackiego (PO) w RMF FM.
Biernacki powiedział w środę w wywiadzie radiowym, że pokaz, na którym prokuratura prezentowała materiały monitoringu z wizyty Kaczmarka na ostatnim piętrze hotelu Marriott u Ryszarda Krazuego, przygotowany był na sprzęcie, który nie powinien być wykorzystywany do takiego celu.
Biernacki powiedział, że Polska otrzymała ten sprzęt dla działań antyterrorystycznych. "Polska otrzymała najprawdopodobniej ten system informatyczny do całkiem innych celów. W Polsce zostało to wykorzystane do sprawy polityczno-przestępczej" - ocenił.
Nie chciał wyjaśnić skąd dostaliśmy ten system. "I tak powiedziałem o jedno słowo za dużo" - podkreślił.
Według informacji, na które powołuje się Radio ZET, program ten to najnowsze osiągnięcie informatyków służb specjalnych jednego z państw. Został nam niedawno podarowany za pomoc, jakiej udzieliły polskie służby. Obecnie ma go tylko kilka krajów; program wychwytuje konkretne rysy twarzy i umożliwia śledzenie danej osoby.
Według Radia ZET, wykorzystanie programu podczas prezentacji prowadzonej przez prokuratora Jerzego Engelkinga wywołało skandal w międzynarodowym środowisku służb specjalnych, a przedstawiciele dwóch sojuszniczych krajów interweniowali u naszych władz.
W wywiadzie z początku lutego dla "Gazety Wyborczej" szef ABW Krzyszof Bondaryk mówił, że prezentację podczas konferencji prasowej nt. pobytu Kaczmarka w Marriotcie przygotowało ABW. Według informatora cytowanego w środę przez Radio ZET, w trakcie kontroli w ABW znaleziono oryginał prezentacji.
"Przede wszystkim jest to problem w relacjach międzynarodowych, że nie dotrzymano warunków umowy na jakich to zostało użyczone. Nie sądzę, żeby to było zabronione przez prawo w sensie użycia tego jako środka do zdobycia pewnego materiału dowodowego" - powiedział Wasserman w środę dziennikarzom w Sejmie.
Zdaniem Wassermana, istotne jest, czy ten program "był klauzulowany". "Inaczej mówiąc, czy mieścił się on w pojęciu tego typu informacji, wiedzy i dokumentów, o których ustawa o ochronie informacji tajnych mówi, że są objęte poszczególnymi rodzajami tajemnic" - dodał.
"Jeśli tak, to jest to problem do przyjrzenia się, czy nie doszło do naruszenia prawa. Jeśli nie, w ostatnim punkcie, to ja tutaj nie widzę nadużycia, nie widzę tutaj przekroczenia prawa w tym przypadku" - uważa b.koordynator ds. służb.
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie komentuje sprawy. Nie chciał się wypowiadać na ten temat także przewodniczący sejmowej komisji ds. służb specjalnych Janusz Zemke (LiD).
System informatyczny, który Polska uzyskała dla zwalczania terroryzmu został wykorzystany, by zaprezentować podczas ubiegłorocznej konferencji prasowej wizytę ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji Janusza Kaczmarka w warszawskim hotelu Marriott u biznesmena Ryszarda Krauzego - wynika z informacji przekazanych przez szefa komisji administracji i spraw wewnętrznych i byłego przewodniczący speckomisji Marka Biernackiego (PO) w RMF FM.
Biernacki powiedział w środę w wywiadzie radiowym, że pokaz, na którym prokuratura prezentowała materiały monitoringu z wizyty Kaczmarka na ostatnim piętrze hotelu Marriott u Ryszarda Krazuego, przygotowany był na sprzęcie, który nie powinien być wykorzystywany do takiego celu.
Biernacki powiedział, że Polska otrzymała ten sprzęt dla działań antyterrorystycznych. "Polska otrzymała najprawdopodobniej ten system informatyczny do całkiem innych celów. W Polsce zostało to wykorzystane do sprawy polityczno-przestępczej" - ocenił.
Nie chciał wyjaśnić skąd dostaliśmy ten system. "I tak powiedziałem o jedno słowo za dużo" - podkreślił.
Według informacji, na które powołuje się Radio ZET, program ten to najnowsze osiągnięcie informatyków służb specjalnych jednego z państw. Został nam niedawno podarowany za pomoc, jakiej udzieliły polskie służby. Obecnie ma go tylko kilka krajów; program wychwytuje konkretne rysy twarzy i umożliwia śledzenie danej osoby.
Według Radia ZET, wykorzystanie programu podczas prezentacji prowadzonej przez prokuratora Jerzego Engelkinga wywołało skandal w międzynarodowym środowisku służb specjalnych, a przedstawiciele dwóch sojuszniczych krajów interweniowali u naszych władz.
W wywiadzie z początku lutego dla "Gazety Wyborczej" szef ABW Krzyszof Bondaryk mówił, że prezentację podczas konferencji prasowej nt. pobytu Kaczmarka w Marriotcie przygotowało ABW. Według informatora cytowanego w środę przez Radio ZET, w trakcie kontroli w ABW znaleziono oryginał prezentacji.
"Przede wszystkim jest to problem w relacjach międzynarodowych, że nie dotrzymano warunków umowy na jakich to zostało użyczone. Nie sądzę, żeby to było zabronione przez prawo w sensie użycia tego jako środka do zdobycia pewnego materiału dowodowego" - powiedział Wasserman w środę dziennikarzom w Sejmie.
Zdaniem Wassermana, istotne jest, czy ten program "był klauzulowany". "Inaczej mówiąc, czy mieścił się on w pojęciu tego typu informacji, wiedzy i dokumentów, o których ustawa o ochronie informacji tajnych mówi, że są objęte poszczególnymi rodzajami tajemnic" - dodał.
"Jeśli tak, to jest to problem do przyjrzenia się, czy nie doszło do naruszenia prawa. Jeśli nie, w ostatnim punkcie, to ja tutaj nie widzę nadużycia, nie widzę tutaj przekroczenia prawa w tym przypadku" - uważa b.koordynator ds. służb.
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie komentuje sprawy. Nie chciał się wypowiadać na ten temat także przewodniczący sejmowej komisji ds. służb specjalnych Janusz Zemke (LiD).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)