Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 marca 2008

PiS forsuje własną wersję ustawy ws. ratyfikacji Traktatu z Lizbony

PiS zgłosi w formie poprawki własny projekt ustawy wyrażającej zgodę na ratyfikację Traktatu z Lizbony. PiS chce gwarancji, że zmiana zapisów traktatu będzie wymagała szerokiej zgody politycznej: parlamentu.

Komorowski: UE nie jest celem samym w sobie

Wejście w życie Traktatu Lizbońskiego pomoże Unii Europejskiej mieć wspólne stanowisko w sprawach zagranicznych - zgodzili się uczestnicy konferencji "Traktat z Lizbony - ratyfikacja i jej konsekwencje"

Prezydent: władza wymiaru sprawiedliwości jest olbrzymia

Zdaniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, władza wymiaru sprawiedliwości w Polsce jest olbrzymia. "Stopień odseparowania władz też przekracza to, co jest w licznych krajach europejskich standardem" - powiedział prezydent, który w środę bierze udział w corocznym zgromadzeniu sędziów TK.

wtorek, 4 marca 2008

Buzek złożył oświadczenie lustracyjne

Eurodeputowany PO Jerzy Buzek poinformował we wtorek, że osobiście złożył oświadczenie lustracyjne w Państwowej Komisji Wyborczej, ponieważ poprzednie, które wysłał pocztą, nie dotarło w wyznaczonym terminie, czyli do 19 lutego.

Dyrektor zespołu prawnego w Krajowym Biurze Wyborczym przy PKW Beata Tokaj w rozmowie z PAP potwierdziła, że oświadczenie lustracyjne Jerzego Buzka wpłynęło do Komisji we wtorek.

"Oświadczenie lustracyjne złożyłem w terminie. Ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn nie dotarło ono do Państwowej Komisji Wyborczej, złożyłem dzisiaj wniosek powtórnie, bezpośrednio w siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej" - oświadczył były premier w komunikacie przesłanym we wtorek PAP.

Poza oświadczeniem Buzka, PKW nie otrzymała na czas oświadczeń dwóch innych eurodeputowanych: Bronisława Geremka (PD) i Marka Siwca (SLD). Beata Tokaj poinformowała w poniedziałek PAP, że Geremek przysłał 15 lutego list do Komisji, w którym informuje, że nie złoży oświadczenia. Siwiec natomiast nie przysłał żadnego wyjaśnienia, ale w poniedziałek w rozmowie z PAP zapewnił, że "w normalnym trybie" pocztą przekazał PKW oświadczenie. Sprawę zamierza wyjaśniać.

PKW wysłała do europosłów zawiadomienia o konieczności składania oświadczeń w listopadzie, po wejściu w życie nowelizacji ustawy lustracyjnej. Mieli oni trzy miesiące na odesłanie oświadczeń. Termin ten minął 19 lutego.

Europosłowie, którzy nie wypełnili obowiązku złożenia oświadczenia, nie stracą jednak mandatów. W ustawie lustracyjnej nie ma już przepisów, które by to przewidywały. Zostały zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny.

Nie będzie dymisji za katastrofę CASY

Nie przewidywałem i nie przewiduje zmian na stanowisku dowódcy Sił Powietrznych - tak szef MON Bogdan Klich odniósł się w rozmowie z PAP do doniesień "Rzeczpospolitej" o planowanym odwołaniu z tego stanowiska gen. Andrzeja Błasika.

"To kompletna bzdura. Nie przewidywałem i nie przewiduję żadnych zmian na stanowisku dowódcy Sił Powietrznych. Pan gen. Błasik wykonuje swoje zadania w sposób właściwy, co więcej, mam do niego zaufanie" - powiedział we wtorek PAP minister Klich.

Rozmówcy "Rz" twierdzili, że już w piątek został podpisany wniosek o dymisję Błasika, który ma trafić na biurko prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To on, jako zwierzchnik Sił Zbrojnych, powołuje i odwołuje dowódców rodzajów wojsk na wniosek ministra obrony. Sugerowali, że przyczyną dymisji może być katastrofa wojskowego samolotu CASA, w której 23 stycznia zginęło 20 lotników i, że takiego pretekstu szukano od "pewnego czasu".

"Bynajmniej ta katastrofa pod Mirosławcem nie obciąża konta generała. Traktuję tę informację podaną dzisiaj przez +Rzeczpospolitą+ jako kolejną intrygę, której efektem zamierzonym miałoby być podważanie mojego zaufania do dowódcy sił powietrznych. Ale ponieważ jestem odporny już na tego typu PiS- owskie intrygi, w związku z tym to zaufanie pozostaje niezmienne" - zaznaczył odnosząc się do tych informacji Klich.

sobota, 1 marca 2008

J. Kaczyński o kryzysie polskiej inteligencji

O sposobach "przełamania kryzysu polskiej inteligencji" dyskutowali w sobotę uczestnicy zorganizowanej przez PiS konferencji intelektualistów. Prezes PS Jarosław Kaczyński wzywał do "zburzenia murów" i nadania inteligencji nowej formuły.

Zapowiedział też zwołanie "wielkiego kongresu inteligencji" - również pod auspicjami jego partii.

"To jest początek, dobry początek" - powiedział po zakończeniu sobotnich obrad J.Kaczyński.

"To jest nasze zaplecze, które będziemy rozbudowywać, będą kolejne konferencje i - jak Bóg da - mniej więcej za rok, może za półtora będzie wielki kongres inteligencji polskiej" - mówił dziennikarzom.

Konferencja "Polska inteligencja a życie publiczne po wyborach 2007" odbywała się w warszawskiej Akademii Muzycznej.

Została przygotowana przez sekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta, b. ministra edukacji w rządzie PiS prof. Ryszarda Legutkę oraz senatora PiS prof. Ryszarda Terleckiego. Zgromadziła w warszawskiej Akademii Muzycznej kilkaset osób. Obecni byli także czołowi politycy PiS

Jak mówił prezes PiS, trzeba przedstawić nową formułę polskiej inteligencji. "To bardzo trudne zadanie, ale my uważamy, że ten kryzys inteligencji polskiej trzeba przełamać takimi metodami jakie są dostępne. Dać jakiś znak, jakiś sygnał, pierwsze pchnięcie, które doprowadzi, że bardzo wielu polskich inteligentów zrozumie, że można myśleć inaczej, niż to jest w tej chwili powszechnie przyjęte, narzucane" - mówił.

Jak wyjaśnił, chodzi o "różne mechanizmy wymuszania, różne ostracyzmy, które powodują, że każdy, kto myśli i mówi inaczej, może się spodziewać różnych negatywnych konsekwencji".

Kaczyński podkreślił, że sobotnia konferencja nie jest działalnością sensu stricto partyjną, ale PiS będzie brało w niej udział, będzie chciało ją "w możliwym zakresie animować, w żadnym razie nie próbując zawłaszczyć".

"My nie chcemy czynić z tego czegoś, czym partia będzie się chwaliła w kampanii wyborczej, chcemy by doszło do pewnych zmian, bez tych zmian budowa IV RP będzie bardzo trudna" -dodał.

W swoim wystąpieniu w trakcie debaty prezes PiS przekonywał, że formuła III RP jest właśnie wynikiem kryzysu polskiej inteligencji, a ten jest wynikiem kryzysu polonizmu, czyli poczucia przynależności narodowej.

Jego zdaniem, kryzys polonizmu jest w dużym stopniu konstruowany przez "suflowanie" niewłaściwego stosunku do narodu i tradycji przez środowisko lewicowej inteligencji. Podkreślił jednak, że przyczyny są znacznie głębsze i wynikają z uwarunkowań historycznych. Jego zdaniem, większą szkodę dla poczucia przynależności narodowej niż okupacja niemiecka i nawet komunizm przyniosła naszemu społeczeństwu postawa służalczości wobec narzuconej władzy. Jego zdaniem, w wolnej Polsce zaskutkowała ona syndromem inteligencji "obsługującej interesy establishmentu".

Prezes PiS apelował do inteligencji o odwagę cywilną. "Musimy próbować złamać, zburzyć pewne mury, podjąć wielki wysiłek" - powiedział. "Nie mamy wielkich środków, ale mamy głowy" - dodał i zacytował marszałka Józefa Piłsudskiego, który mawiał, że jeśli "nie ma czym bić w mur, to bijmy głową".

Sporo miejsca podczas debaty jej uczestnicy poświęcili określeniu zadań jakie stoją obecnie przed polską inteligencją. Historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Andrzej Nowak podkreślił, że najważniejsze z nich to "obrona prawdy, wolności i rozumu". Jak tłumaczył inteligencja powinna bronić prawdy i dochodzenia do niej, gdyż w Polsce tak jak w krajach całej cywilizacji zachodniej, dochodzi do cynicznego manipulowania rzeczywistością, zwłaszcza poprzez media.

Zadaniem inteligencji - mówił Nowak - jest także obrona standardów, m.in. "standardów zmagania się z rzeczywistością". Jak zaznaczył, dorosłym ludziom nie trzeba pokazywać świata w sposób uproszczony - tak jak jego zdaniem robi obecny rząd - tylko podawać fakty, z których oni sami potrafią wyciągać wnioski. Według Nowaka, rolą inteligencji jest także pokazywanie alternatyw dla decyzji rządzących.

Socjolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego prof. Zdzisław Krasnodębski mówił, że "inteligencja powinna zająć się inteligentnym myśleniem", gdyż teraz zapanowała w Polsce era bezmyślności. Jego zdaniem, obecnie młodzi ludzie mimo, że mają możliwość swobodnego poruszania się po świecie, co raz mniej rozumieją rzeczywistość, widzą tylko jej powierzchnię, dlatego zadaniem uczących ich jest m.in. praca nad tym by uodpornić ich, tak by stali się odporni, krytyczni wobec mód intelektualnych i mieli swoje zdanie.

Literaturoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, były wiceminister edukacji Andrzej Waśko mówił, że przy uczeniu w szkole trzeba kłaść nacisk na przedmioty humanistyczne, naukę historii i literatury, czytanie tekstów i umiejętność wyciągania z nich wniosków, która można wykorzystywać w życiu. Według niego, dzięki takiemu poznawaniu własnej kultury poznaje się jej kod kulturowy i miejsce jej w świecie. Jak mówił Waśko, gdy postrzega się własny kraj, jego kulturę i historię jako centrum własnego świata łatwiej jest poznawać resztę świata. "Postrzeganie swego świata jako peryferyjny obniża poczucie wartości i powoduje niską samoocenę, to zaś prowadzi do podatności na manipulacje socjotechniczne" - dodał.

Z kolei socjolog z Polskiej Akademii Nauk prof. Barbara Fedyszak- Radziejowska zauważyła, że "w Polsce jest 10 proc. ludzi z wyższym wykształceniem; na wsi około 5 proc. w miastach ok. 15 proc. To nie jest dużo". Jednocześnie zauważyła, że inteligencja jest rodzajem polskiej elity. "To faktycznie swoista społeczność, o pewnych szczególnych poglądach, jest grupą, która na tle reszty społeczeństwa się wyróżnia. Ma nieprawdopodobną przewagę w debacie publicznej, w kształtowaniu młodych ludzi, to przecież inteligencja jest w szkołach, na uczelniach, w mediach, to inteligencja pełni rolę ekspertów. Jednym słowem nie ma ucieczki od odpowiedzialności" - powiedziała Fedyszak-Radziejowska.

J.Kaczyński przekonywał, że sobotnia konferencja "może mieć ogromne znaczenie i może być wspominana przez historyków, jeśli będzie zaczynem pewnego przedsięwzięcia, które będzie zmierzało do tego by przedłożyć polskiej inteligencji nową formułę". Prezes PiS przekonywał, że warto spróbować to zrobić, "przełamując przy tym różnego rodzaju ograniczenia i tabu, które ograniczają dyskurs publiczny".

Przed konferencją prof. Legutko powiedział PAP, że "w ciągu ostatnich dwóch lat doszło do swoistej uzurpacji słowa +inteligencja+ i faktycznie pewna część tego środowiska uznała się za jedynych i wyłącznych przedstawicieli tego środowiska inteligencji polskiej i zakrzyczała - mówiąc brutalnie - resztę. Zakrzyczeni już mieli dość i postanowili się spotkać". Wśród kilkuset uczestników konferencji - według niego - przeważają "akademicy, profesorowie, adiunkci wyższych uczelni". "Zainteresowanie jest ogromne, nawet nie przypuszczaliśmy że będzie tak wielkie" - ocenił.

Według Legutki, konferencja jest "początkiem czegoś, co można by nazwać długofalowym projektem namysłu nad Rzeczpospolitą".

"To nie tylko spotkania, ale również zespoły analityczne, koncepcyjne, które mam nadzieję z tego spotkania się wyłonią" - powiedział.

Otwierając konferencję Legutko powiedział z kolei, że przed polską inteligencją nadal stoi zadanie stworzenia nowej formuły państwa, alternatywnej dla tej panującej po 1989 roku. Według niego, poprzednia koncepcja została skompromitowana w roku 2005 roku i od tego czasu nie stało się nic, co unieważniałoby tę diagnozę. W jego opinii, ostatnie wybory nie przyniosły żadnego nowego bodźca rozpoczętym dwa lata wcześniej (po wygranej PiS) zmianom. I dlatego - jak mówił - zadanie, które realnie stanęło przed polską inteligencją w roku 2005, nadal czeka na realizację.

Natomiast senator Terlecki odczytał apel, w którym uczestnicy konferencji postulują wstrzymanie prac nad znajdującym się w Sejmie projektem nowelizacji ustawy medialnej oraz utrzymanie abonamentu. Jak mówił, projekt nowelizacji zakłada "rozciągnięcie władzy rządu nad mediami publicznymi".

W piątek po kilkugodzinnej, burzliwej debacie przygotowany przez PO projekt zmieniający dotychczasową ustawą o radiofonii i telewizji trafił do dalszych prac w komisjach. PO i LiD zgłosiły kilka poprawek, które znacząco zmieniają kształt projektu. PiS wnioskowało o odrzucenie go w całości.

"Wiarygodność Dochnala całkowicie zerowa"

Prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział w sobotę, że ani on, ani b.minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro "nie mieli nic wspólnego" z tym, jak długo przebywał w areszcie b.lobbysta Marek Dochnal. Ocenił też, że wiarygodność Dochnala jest "całkowicie zerowa".

W sobotnim wywiadzie dla RMF FM i "Newsweeka" b.lobbysta mówił m.in., że można postawić tezę o tym, że ekipa PiS trzymała go tak długo w areszcie, by chronić interesy Ryszarda Krauzego w Kazachstanie. Zasugerował, że chodzi o to, że Krauzemu zależało na polach naftowych, którymi wcześniej on sam był zainteresowany.

"Proszę zauważyć, że Zbigniew Ziobro - ówczesny minister sprawiedliwości - żywo interesował się moją sytuacją. Są nawet ślady ingerencji w przebieg śledztw. Chciał je ukierunkowywać -to jest taka bardzo bezpośrednia ingerencja. W rozmowie z pewnym dziennikarzem powiedział prywatnie, że każdy dzień mojego pobytu w areszcie jest bardzo ważny dla PiS" - mówił Dochnal.

"Bardzo bym prosił, by nie pytać mnie o twierdzenia tego pana, którego wiarygodność jest całkowicie zerowa" - powiedział J.Kaczyński pytany o sprawę przez dziennikarzy po konferencji intelektualistów PiS.

"Ja nie wiem, dlaczego tak długo (Dochnal) siedział w areszcie, nie miałem z tym nic wspólnego, nigdy w życiu jako premier nie rozmawiałem o panu Dochnalu" - podkreślił J.Kaczyński.

Dopytywany, czy minister Ziobro także nie miał z tym nic wspólnego, odparł: "z całą pewnością nie miał z tym nic wspólnego".

"Twórczość pana Dochnala po opuszczeniu więzienia jest rzeczywiście bogata, ale radziłbym do wszystkich jej elementów podchodzić w z wielkim dystansem" - zaznaczył prezes PiS.

Dochnal spędził w areszcie ponad 3 lata. Wyszedł na wolność 31 stycznia. Prokuratura domagała się kolejnego przedłużenia mu aresztu - do 31 maja - jednak warszawski sąd okręgowy nie uwzględnił tego wniosku. Znany lobbysta został aresztowany we wrześniu 2004 r. w związku ze śledztwem prowadzonym wspólnie przez Prokuraturę Apelacyjną w Łodzi i łódzką ABW, dotyczącym "korupcji funkcjonariuszy pełniących funkcje publiczne". Chodziło o korumpowanie b. "barona" SLD w Łódzkiem i b. posła Andrzeja Pęczaka. Potem był aresztowany za przestępstwa gospodarcze.

Pierwsze z tych śledztw zakończyło się już aktem oskarżenia. Ciągle toczy się drugie, prowadzone już przez prokuraturę w Katowicach, w którym lobbysta jest podejrzany o pranie brudnych pieniędzy - według nieoficjalnych informacji chodzi o 70 mln zł - a także przestępstwa przeciwko dokumentom i udział w obrocie środkami odurzającymi.

Inne, ciągle prowadzone postępowania, w których pojawia się nazwisko lobbysty, dotyczą m.in. prywatyzacji Cementowni Ożarów, Polskich Hut Stali oraz zamiarów prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. Reszta wyodrębnionych wątków dotyczy sprawy darczyńców Fundacji "Porozumienie bez Barier" Jolanty Kwaśniewskiej oraz ułaskawienia w 1999 r. przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Petera Vogla, skazanego za mord na kobiecie.

Gowin i Sikorski w zarządzie krajowym PO

Radosław Sikorski i Jarosław Gowin weszli do zarządu krajowego Platformy Obywatelskiej - zdecydowała Rada Krajowa PO, która obradowała w sobotę w Warszawie.


Premier Donald Tusk zapowiedział m.in. likwidację abonamentu radiowo-telewizyjnego (najpierw dla emerytów) oraz uchylenie podatku Belki - w pierwszej połowie kadencji, w części dotyczącej oszczędności, później dla transakcji giełdowych.

Do końca marca ma powstać projekt abolicji podatkowej dla Polaków pracujących za granicą (za okres, kiedy ich zarobki podlegały podwójnemu opodatkowaniu).

Aby "zrobić miejsce" dla Gowina, z zarządu odszedł Andrzej Czerwiński. Obaj są z Małopolski, Platforma chciała uniknąć nadreprezentacji tego regionu. Jednocześnie Gowin zrezygnuje z funkcji wiceszefa klubu; a na jego miejsce wejdzie Czerwiński.

Tusk mówił, że Sikorski i Gowin stali się jednymi z przywódców Platformy, "nową siłą", a ich pozycja w partii uzasadnia ich awans. Zapewnił, że nie boi się - jak twierdzą media - ambicji prezydenckich Sikorskiego. "Bardzo lubię mieć wokół siebie ludzi zdecydowanych, ambitnych i +do przodu+" - zaznaczył.

Sikorski nazwał się "skrzydłowym w drużynie Tuska". "Staram się realizować jego politykę zagraniczną, cieszę się, że zostało to zauważone" - powiedział szef MSZ.

Gowin poinformował, że będzie się chciał skupić m.in. na relacjach z Kościołem i na sprawach bioetyki.

Premier zapowiedział, że w przyszłym tygodniu klub Platformy złoży do marszałka Sejmu projekt ustawy, który przewiduje zniesienie abonamentu rtv dla emerytów. Drugim krokiem - mówił - będzie zniesienie abonamentu dla wszystkich. "Abonament jest ciężarem archaicznym" - ocenił szef rządu.

Tusk powiedział, że w pierwszej połowie kadencji będzie chciał uchylić podatek Belki w części opodatkowującej oszczędności. W końcu kadencji rząd będzie chciał zlikwidować ten podatek w części dotyczącej transakcji giełdowych.

Obecnie 19-procentowy tzw. podatek Belki płacimy od zysków z funduszy inwestycyjnych, giełdy, odsetek od lokat bankowych i oprocentowanych kont.

Tusk argumentował, że chce najpierw uchylić podatek Belki w części dotyczącej oszczędności, bo obciąża on niezamożnych Polaków. Podkreślał, że rząd jest odpowiedzialny za "harmonijne", ale i "odpowiedzialne" znoszenie i obniżanie podatków.

Premier zapowiedział też, że Platforma będzie przekonywać w parlamencie do jednomandatowych okręgów w wyborach samorządowych i do bezpośredniego wyboru starostów.

Apelował do Rady Krajowej o wsparcie działań deregulacyjnych, aby "oczyścić polskie życie z nadmiernej ilości przepisów, koncesji, nakazów, zakazów".

"To jest być może najważniejsze zadanie Platformy Obywatelskiej - uwolnienie energii Polaków (...) od nadmiernych roszczeń biurokracji, fiskusa i władzy politycznej, to jest zadanie naprawdę epokowe" - mówił szef rządu.

Minister spraw wewnętrznych i administracji Grzegorz Schetyna zapowiedział, że do marca 2009 roku będzie przeprowadzony audyt wewnętrzny i zewnętrzny Platformy Obywatelskiej. Ma on doprowadzić do stworzenia sieci organizacyjnej partii w całym kraju z pełnomocnikiem Platformy w każdej gminie.

O audycie mówił, że będzie inwentaryzacją Platformy, jej struktur, majątku, zasobów, wartości, walorów, także tych personalnych.

Etap wewnętrzny audytu ma potrwać do jesieni. Polegać ma na "inwentaryzacji" struktur powiatowych i wojewódzkich. Z kolei druga część audytu to - jak mówił Schetyna - "zewnętrzne sprawdzenie struktury, formy odbioru, jak ludzie odbierają posłów, radnych, jak funkcjonują biura poselskie (Platformy), jak współpracują ludzie Platformy w gminie, powiecie i w województwie".

Sekretarz generalny PO zapowiedział, że efektem audytu ma być przygotowanie "mapy Platformy Obywatelskiej". "Ta mapa to pokazanie naszej siły, ale także słabości" - powiedział szef MSWiA.

Schetyna mówił też o planach przyszłych kampanii wyborczych PO. W marcu 2009 r. Platforma Obywatelska rozpocznie pierwszą kampanię wyborczą - przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w czerwcu 2009 r. W maju lub czerwcu 2010 r. Platforma chce rozpocząć dwutorową kampanię przed wyborami samorządowymi (jesień 2010 r.) i wyborami prezydenckimi (grudzień 2010 r.).

"To musi być jedna kampania. Zwycięska kampania - od poziomu podstawowego, po ten wieńczący, czyli wybór prezydenta" - przekonywał Schetyna.

Przypomniał, że w lipcu 2011 r. Polska przejmie na pół roku prezydencję w Unii Europejskiej. "Być może będziemy proponować przesunięcie wyborów parlamentarnych na pierwszą połowę, czyli na maj lub czerwiec 2011 roku. Trudno wyobrazić sobie prowadzenie prezydencji i równoległe prowadzenie kampanii wyborczej" - mówił Schetyna.

Tusk o relacjach polsko-rosyjskich

Według premiera Donalda Tuska, nie należy oczekiwać radykalnych przełomów w stosunkach z Rosją. "Powinniśmy raczej umiejętnie korzystać z odmrożenia tych relacji, bo to odmrożenie stało się faktem" - powiedział szef rządu dziennikarzom w sobotę w Warszawie.

"Największym zadaniem w relacjach polsko-rosyjskich, to przyjęcie przez państwa unijne zasady, którą Polska promuje od lat - pełnej solidarności Unii, wobec partnerów zewnętrznych" -powiedział premier pytany o ocenę stosunków polsko-rosyjskich.

Jak dodał, będzie o tej zasadzie rozmawiał z przywódcami europejskimi na marcowej Radzie Europejskiej.

Premier podkreślił też, że liczy na zwiększenie wymiany handlowej z Rosją. "Polacy mają tam bardzo dobre interesy" - ocenił.

Dziennikarze pytali też premiera, czy w trakcie jego wizyty w USA - 8-10 marca - padnie z jego strony wstępna deklaracja akceptacji dla tarczy antyrakietowej. "Stany Zjednoczone, to wielkie mocarne państwo, Polska to średniej wielkości kraj europejski, ale do Waszyngtonu nie jadę, żeby coś zadeklarować. W kwestii tarczy powiem coś, w co głęboko wierzę - jadę posłuchać Amerykanów, a nie odwrotnie, coś im zadeklarować" - powiedział premier.

Tusk: jednomandatowe okręgi w wyborach samorządowych

Platforma Obywatelska będzie przekonywać w parlamencie do jednomandatowych okręgów w wyborach samorządowych i do bezpośredniego wyboru starostów - zapowiedział lider PO, premier Donald Tusk podczas sobotniej Rady Krajowej partii.

Premier apelował też do Rady Krajowej o wsparcie działań deregulacyjnych, aby "oczyścić polskie życie z nadmiernej ilości przepisów, koncesji, nakazów, zakazów".

Zobacz: Tusk zniesie podatek Belki i abonament

"To jest być może najważniejsze zadanie Platformy Obywatelskiej - uwolnienie energii Polaków (...) od nadmiernych roszczeń biurokracji, fiskusa i władzy politycznej, to jest zadanie naprawdę epokowe" - mówił szef rządu.

Podatek Belki jednak zniknie?

Premier Donald Tusk zapowiedział, że w pierwszej połowie kadencji będzie chciał uchylić podatek Belki w części opodatkowującej oszczędności.

W końcu kadencji - mówił - rząd będzie chciał zlikwidować ten podatek w części dotyczącej transakcji giełdowych.

Obecnie 19-procentowy tzw. podatek Belki płacimy od zysków z funduszy inwestycyjnych, giełdy, odsetek od lokat bankowych i oprocentowanych kont.

Tusk argumentował, że chce najpierw uchylić podatek Belki w części dotyczącej oszczędności, bo obciąża on niezamożnych Polaków. Podkreślał, że rząd jest odpowiedzialny za "harmonijne", ale i "odpowiedzialne" znoszenie i obniżanie podatków.

Obraduje Rada Krajowa PO

Rada Krajowa PO, która w sobotę po godz.11 rozpoczęła obrady w Warszawie, ma poszerzyć zarząd krajowy partii o Radosława Sikorskiego i Jarosława Gowina.

W 15-osobowym zarządzie zasiada teraz 14 osób, najprawdopodobniej, aby zrobić miejsce dla Gowina, z zarządu odejdzie ktoś z Małopolski - Andrzej Czerwiński albo Urszula Augustyn, tak, aby uniknąć nadreprezentacji tego regionu.

Rada Krajowa ma omówić sytuację w PO po stu dniach rządu, a sekretarz generalny Grzegorz Schetyna przedstawi koncepcję zarządzania partią po wyborach.

PiS chce człowieka Kwaśniewskiego na ambasadora

Pałac Prezydencki ciepło myśli o byłym szefie gabinetu Aleksandra Kwaśniewskiego - Waldemarze Dubaniowskim. Wśród polityków PiS pojawił się pomysł, by bliskiego współpracownika byłego prezydenta mianować ambasadorem - pisze "Dziennik".

"Gdyby taki wniosek wpłynął, pan prezydent pewnie by się na to zgodził" - twierdzi osoba związana z Pałacem Prezydenckim. "Docierały do mnie takie sygnały" - potwierdza "Dziennikowi" Dubaniowski.

Po zakończonej prezydenturze Kwaśniewskiego Waldemar Dubaniowski z polityki zniknąć nie chciał. W 2006 r. rozważał start w wyborach na prezydenta Warszawy. Nie wszystkim politykom lewicy pomysł się spodobał - bo Dubaniowski byłby wówczas kontrkandydatem Marka Borowskiego. Bez entuzjazmu - bo Dubaniowski nie należy do żadnej partii - liderzy LiD zgodzili się na jego start w ostatnich wyborach parlamentarnych. Część z nich odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że Dubaniowski do Sejmu jednak się nie dostał.

Teraz kariera zawodowa "człowieka Kwaśniewskiego" toczy się nie wokół polityki, ale tenisa ziemnego - jest prezesem Polskiego Związku Tenisowego. Ale politycy o Dubaniowskim pamiętają. I co ciekawe, nie ci z lewicy, ale z prawicy. "Koledzy z LiD bardzo źle go potraktowali. Nie dostał pierwszego miejsca na liście. A przecież Dubaniowski ma taką klasę i wiedzę, że powinno się to wykorzystać" - mówi jeden z polityków PiS.

Dubaniowski, zdaniem znajomych, ma też żal do Kwaśniewskiego, że nie wsparł go w kampanii. Twierdzą, że nieprzypadkowo w ostatni wtorek podczas rozdania Srebrnych Ust radiowej "Trójki" Dubaniowski nie chciał w imieniu Kwaśniewskiego odebrać nagrody - odebrał ją polityk SLD Piotr Gadzinowski.

W Pałacu Prezydenckim zrodził się nawet pomysł, jak doświadczenie współpracownika Kwaśniewskiego wykorzystać. "W Kancelarii Prezydenta toczyły się takie dyskusje, że Dubaniowski jest człowiekiem, który mógłby reprezentować Polskę na poziomie ambasadora" - mówi "Dziennikowi" osoba blisko związana z Pałacem Prezydenckim. I podkreśla: "On spełnia wszystkie kryteria, by być ambasadorem. To nie jest człowiek, który ma coś na sumieniu. Dlatego nie ma powodów, by pana Dubaniowskiego nie skierować gdzieś do ambasady i nie skorzystać z jego wiedzy i znajomości świata".

Zdaniem informatorów "Dziennika", w grę wchodziły ambasady anglojęzyczne. Ale z zastrzeżeniem: nie te z pierwszej półki. "Powinien dostać może nie pierwszoszeregową ambasadę, ale z drugiego szeregu. Na strategiczną ambasadę pewnie nie miałby szans. Bo ambasadorem jest przedstawiciel państwa, ale też przedstawiciel pewnego obozu. Ale są też placówki, w których ambasador nie musi prowadzić agresywnej polityki państwa" - tłumaczy jeden z rozmówców gazety.

Oficjalnej propozycji Dubaniowski jednak nie dostał. Dlaczego? "Bo to nie pan prezydent wychodzi z inicjatywą i proponuje komuś placówkę. Ale gdyby pan Dubaniowski wyraził zainteresowanie konkretną placówką, nie sądzę, by pan prezydent mu odmówił" - przekonuje polityk PiS.

Według "Dziennika", Dubaniowski informacjami o tym, że PiS rozważało możliwość wysłania go na placówkę, nie jest zaskoczony. "Dochodziły do mnie takie słuchy, ale bardziej traktowałem to w kategoriach political fiction" - mówi. Czy byłby zainteresowany pracą ambasadora? "Reaguję tylko na oficjalne propozycje" - ucina.

Wildstein: druga seksafera daje do myślenia

Historia prezydenta Olsztyna Czesława Małkowskiego powinna dać do myślenia tym, którzy w pełnej i bezwarunkowej decentralizacji upatrują leku na wszelkie zło w Polsce - akcentuje w "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein.

Małkowski aresztowany został pod zarzutami gwałtu i molestowania miesiąc po ujawnieniu jego postępków przez "Rz". Miał na sumieniu tego typu zachowania - i to wobec wielu kobiet - już od lat, a co najmniej od czasu, kiedy został przewodniczącym rady miasta - pierwsze zeznania dotyczą roku 2000.

Zobacz: Seksafera: Prezydent Olsztyna zatrzymany

Zarzuty wobec niego nie dotyczą wyłącznie spraw seksualnych. To oskarżenia o korupcję, działania na szkodę miasta, niegospodarność. Wszystkie umarzane przez miejscową prokuraturę, która dostała od prezydenta nowy budynek - pisze Wildstein.

Małkowski w PRL był cenzorem wojewódzkim. Po zmianie systemu zaczął robić karierę w SLD. Pokłócił się jednak z partią i założył własny komitet wyborczy. Od tego czasu karierę robił już bez przeszkód. Z wszystkimi ważnymi miał dobre układy. Chociaż miasto huczało o jego wyczynach i korupcji, nic mu to nie szkodziło. Kilka lat temu ukazał się nawet anonimowy paszkwil, w którego bohaterze każdy choć trochę zorientowany rozpoznawał Małkowskiego. Do oficjalnej opinii publicznej nic jednak nie przeciekało.

Dziennikarze "Rz" trafiali na ludzi zastraszonych potęgą i bezwzględnością Małkowskiego. Zastanawiające, że ani jedna wzmianka o sprawach, którymi żyło miasto, nie przeciekła do mediów, choć funkcjonują tam oddziały tak potężnych mediów ogólnopolskich jak TVP czy "Gazeta Wyborcza" - zauważa publicysta.

Oddelegowanie demokracji na jak najniższy szczebel jest sprawą pożądaną, ale powinno się odbywać przy spełnieniu określonych warunków. Społeczność lokalna musi mieć dobrze działające instytucje. W innym wypadku stosunkowo łatwo może paść ofiarą zorganizowanej sitwy przekształcającej się w rodzaj mafii. Zasada pomocniczości oznacza, że sprawy, które mogą być rozwiązane na poziomie niższym, nie powinny być przekazywane instytucjom na poziomie wyższym. W wypadku Olsztyna takie instytucje okazały się jednak konieczne - konkluduje w "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein.

piątek, 22 lutego 2008

PO: koniec immunitetu i skazanych w sejmie

Platforma Obywatelska chce zlikwidować immunitet formalny parlamentarzystów i zakazać zasiadania w parlamencie osobom prawomocnie skazanym za przestępstwa umyślne ścigane z oskarżenia publicznego.

Odpowiednie projekty zmiany konstytucji przedstawili na piątkowej konferencji prasowej politycy Platformy.

Platforma chce wykreślenia z konstytucji ustępów 2, 3 i 4 art. 105, zgodnie z którymi od dnia ogłoszenia wyniku wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu parlamentarzysta bez zgody Sejmu nie może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a postępowanie wszczęte przed dniem wyboru na posła ulega zawieszeniu do dnia wygaśnięcia mandatu.

Platforma chce też wprowadzić do art. 99. konstytucji zapis stanowiący, że posłem lub senatorem nie może być osoba karana za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego, ani osoba wobec której wydano prawomocny wyrok warunkowo umarzający postępowanie karne w sprawie popełnienia analogicznego przestępstwa.

Sebastian Karpiniuk przedstawiając projekty zmiany konstytucji podkreślał, że opinia publiczna wielokrotnie była informowana o "skandalicznych" wydarzeniach związanych z osobami, które były traktowane jak "święte krowy". "Z osobami, które mogły nie ponosić odpowiedzialności tylko i wyłącznie dlatego, że posiadały immunitet" - mówił.

Platforma - deklarował - stoi na stanowisku, że jeśli w stosunku do polityków należy czegokolwiek oczekiwać, to "tylko zaostrzenia odpowiedzialności".

"Od poważnych ludzi, od urzędników, od polityków, od parlamentarzystów oczekuje się tego, aby ponosili zwiększoną odpowiedzialność za pracę, którą realizują" - zaznaczył polityk Platformy.

Zdaniem Karpiniuka, osoby, które są karane za przestępstwa pospolite, np. za jazdę po pijanemu, "za skandaliczne zachowanie", nie powinny chronić się za immunitetem parlamentarnym i nie mogą być inaczej traktowane niż zwykli obywatele. "Immunitet formalny powinniśmy uchylić, aby politycy byli traktowani jak normalni, zwykli obywatele" - dodał sekretarz klubu PO.

Platforma ocenia, że sytuacja w której w Sejmie mogą zasiadać osoby prawomocnie skazane, obniża prestiż parlamentu. "Takie osoby powinny być wykluczone z zasiadania w parlamencie. Takie przepisy obowiązują już w skali samorządów terytorialnych i rzeczą niezrozumiałą i niepoważną jest to, że takie przepisy nie obowiązują parlamentarzystów" - argumentował Karpiniuk.

Zgodnie z konstytucją, posłowie i senatorowie mają immunitet formalny i materialny.

Immunitet materialny zakłada, że poseł nie może być pociągnięty do odpowiedzialności za swoją działalność wchodzącą w zakres sprawowania mandatu poselskiego, ani w czasie jego trwania, ani po jego wygaśnięciu.

Zgodnie z art. 105 konstytucji, za taką działalność poseł odpowiada wyłącznie przed Sejmem, a w przypadku naruszenia praw osób trzecich może być pociągnięty do odpowiedzialności sądowej tylko za zgodą Sejmu.

Immunitet formalny uniemożliwia z kolei pociągnięcie parlamentarzysty do odpowiedzialności karnej bez zgody Sejmu czy Senatu od dnia ogłoszenia wyników wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu. Postępowanie karne wszczęte wobec osoby przed dniem wyboru jej na posła lub senatora ulega na żądanie Sejmu zawieszeniu do czasu wygaśnięcia mandatu. Poseł może jednak wyrazić zgodę na pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej.

Poseł lub senator nie może być także zatrzymany lub aresztowany bez zgody Sejmu, z wyjątkiem ujęcia go na gorącym uczynku przestępstwa i jeżeli jego zatrzymanie jest niezbędne do zapewnienia prawidłowego toku postępowania. O zatrzymaniu niezwłocznie powiadamia się marszałka Sejmu, który może nakazać natychmiastowe zwolnienie zatrzymanego.

100 dni Ewy Kopacz w resorcie zdrowia

Zniesienie stażu podyplomowego dla młodych lekarzy, wprowadzenie prywatnych ubezpieczycieli, niższe ceny leków i rzeczywisty dostęp do świadczeń medycznych - to główne cele resortu zdrowia na najbliższe lata.


Minister zdrowia Ewa Kopacz zaprezentowała je podczas piątkowej konferencji, podsumowującej 100 dni swojej pracy.

Minister zapowiedziała, że chce zniesienie stażu podyplomowego dla absolwentów akademii medycznych. Jak podkreślała, chodzi o "przełamanie barier, które tworzy się młodym lekarzom". "Bezpośrednio po skończeniu studiów 2,5 tys. polskich lekarzy i 800 dentystów otrzyma prawo wykonywania zawodu" - powiedziała. Zaznaczyła także, że nadal pozostanie obowiązkowy Lekarski Egzamin Państwowy.

Kopacz podkreśliła, że nowe przepisy miałyby obowiązywać od 1 stycznia 2009 r. pod warunkiem, że prace legislacyjne przebiegną sprawnie. "Od nowego roku pojawią się kolejni lekarze, którzy będą mogli pełnić dyżury w szpitalach" - mówiła.

Według niej, likwidacja staży to oszczędność 130 mln zł. Pieniądze miałyby trafić do lekarzy rezydentów i akademii medycznych.

"Uważam, że polski student, absolwent akademii medycznej powinien być dobrze wyszkolony na studiach. Ostatni rok powinien mieć szczególnie pod nadzorem tych, którzy nauczą go praktycznej części zawodu, zdać weryfikator, czyli Lekarski Egzamin Państwowy i pójść do pracy. My, starzy lekarze, kończyliśmy tzw. egzaminem końcowym i otrzymywaliśmy prawo wykonywania zwodu" - powiedziała minister.

Podkreślała, że resort przygotowuje również zmiany w programach specjalizacji lekarskich, które mają stać się bardziej dostępne dla początkujących lekarzy. Po pierwszym roku specjalizacji każdy z absolwentów akademii medycznej będzie musiał zdać egzamin z ratownictwa medycznego.

Wiceminister zdrowia Krzysztof Włodarczyk poinformował z kolei, że w ciągu kilku lat do teoretycznego egzaminu lekarskiego ma zostać wprowadzony także egzamin praktyczny.

Mówiąc o planach resortu, Kopacz zapowiedziała m.in. podział Narodowego Funduszu Zdrowia i wprowadzenie prywatnych ubezpieczycieli, niższe ceny leków oraz zwiększenie praw pacjenta.

"Chcemy państwu przedstawić jak docelowo za te cztery lata ma wyglądać nasz system ochrony zdrowia. Będzie to oczywiście zdecentralizowany płatnik plus prywatni ubezpieczyciele na rynku, będzie to również urząd nadzoru ubezpieczeń nad nimi, będą na rynku publiczne i niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej - te niepubliczne to spółki prawa handlowego" - powiedziała.

"Będziemy mieli wreszcie pacjentów, którzy będą mieli prawo dochodzenia (...) odszkodowania za błędy w sztuce, będziemy mieli wreszcie prawo, które będzie ich chronić i wreszcie będziemy mieli realną politykę lekową, o czym nie można zapomnieć dlatego, że my tu w Polsce, nasi polscy pacjenci za leki płacą najwięcej w Europie" - dodała minister zdrowia.

Zapowiedziała również, że wiceministrowie w jej resorcie mają "rewolucyjne pomysły" na układanie nowej listy leków refundowanych.

Ponadto, Kopacz powtórzyła, że w 2010 r. lekarz specjalista zarobi 11 tys. zł. "Jeżeli tylko będzie chciał pracować" - zastrzegła.

Jej zdaniem, dochodzenie do tego poziomu wynagrodzenia musi mieć podstawę motywacyjną. "Będziemy oceniać pracę lekarzy. Mają zarabiać dobrzy lekarze i chętni do pracy" - powiedziała. Dodała, że obecnie lekarze żądają wzrostu wynagrodzenia natychmiast, na co potrzeba by było 14 mld zł. "Teraz i natychmiast tych pieniędzy nie ma" - przypomniała i zapewniła, że żaden system by tego nie wytrzymał.

Kopacz nie chciała oceniać swojej dotychczasowej pracy. Mówiła, że ma nadzieję, że po wprowadzeniu zapowiadanych reform, ocenią ją pacjenci. "Pracowaliśmy bardzo systematycznie i efektywnie" - zaznaczyła.

Szmajdziński: PO chce wrócić do kontaktów z biznesem

Propozycja Platformy Obywatelskiej dotycząca likwidacji finansowania ugrupowań politycznych z budżetu państwa jest - zdaniem wicemarszałka Sejmu Jerzego Szmajdzińskiego (LiD) - dążeniem PO, aby powrócić do kontaktów z wielkim biznesem.

Według propozycji PO, partie nie otrzymywałyby dotacji ani subwencji budżetowych, natomiast każdy podatnik mógłby przekazać co roku wybranej partii 1 proc. podatku - podobnie jak w przypadku organizacji pożytku publicznego.

Szmajdziński powiedział w piątek PAP, że "propozycja PO to znak, że ciągnie wilka do lasu". Jego zdaniem, politycy Platformy podczas piątkowej konferencji prasowej powiedzieli tylko o możliwości przekazania 1 proc. przez podatników na partie polityczne. Natomiast, jak dodał, nie wspomnieli, że przewidują finansowanie partii przez osoby fizyczne, "co może skutkować kontaktami z biznesem".

Jak napisała piątkowa "Gazeta Wyborcza" oprócz 1 proc. podatku, projekt PO przewiduje pozostawienie wpłat od osób fizycznych.

Jak zaznaczył Szmajdziński, w wielu krajach europejskich partie są finansowane z budżetu. Podkreślił, że jest to sposób na unikanie "związków o charakterze korupcyjnym w przetargach, a także w stanowieniu prawa, które jest w interesie wąskich grup interesów".

Wicemarszałek przypomniał, że kiedy propozycję dotyczącą finansowania partii głosowano za czasów rządów AWS, wówczas politycy Platformy, którzy wywodzą się z AWS, poparli to rozwiązanie.

Szmajdziński odnosząc się do propozycji przekazywania partiom 1 proc. podatku podkreślił też, że "istnieje prawo do nieujawniania swoich preferencji politycznych". Jak dodał, "jest to jedno z praw jakie ma obywatel".

W opinii polityka, zadeklarowanie 1 proc. podatku dla partii, oznaczałoby ujawnienie preferencji nie tylko urzędnikom skarbowym. Zwrócił uwagę na funkcjonowanie załącznika do sprawozdawczości finansowej partii politycznej. Jak zaznaczył, "wszystkie nazwiska darczyńców musiałyby być ujawnione". "Niech panowie z PO sięgną do takich dokumentów" - dodał.

Obecnie - zgodnie z ustawą o partiach politycznych - subwencje budżetowe przysługują tym ugrupowaniom, które w wyborach parlamentarnych zdobyły co najmniej 3 proc. głosów (w przypadku koalicji - 6 proc.). Wysokość subwencji jest obliczana proporcjonalnie do wyniku wyborczego.

Według informacji PKW, po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych co roku (w czasie trwania kadencji Sejmu) PO przysługuje prawie 38 mln zł; PiS - 35,5 mln zł, koalicji LiD - ponad 19,5 mln, a PSL - ponad 14 mln zł.

Poseł PO: nie popełniłem żadnego przestępstwa

Poseł PO Miron Sycz, któremu zarzuca się nieprawidłowości przy przyznaniu dotacji przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie zapewniał w piątek, że nie popełnił żadnego przestępstwa.

Nagłośnienie sprawy przez posłankę PO Lidię Staroń, Sycz nazwał medialną nagonką.

Staroń zawiadomiła NIK o podejrzeniu popełnienia nieprawidłowości przy przyznaniu powiązanemu z Syczem stowarzyszeniu 40 tys. złotych dotacji przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie. Sycz zasiada w radzie nadzorczej Funduszu, a we władzach Stowarzyszenia - jego żona.

Dotacja przyznana została Stowarzyszeniu Środkowoeuropejskiemu Centrum Szkolenia Młodzieży, na budowę wiaty edukacyjnej, gdzie mają się odbywać zajęcia dla młodzieży i lokalnej społeczności.

W związku z tą sprawą Sycz został w czwartek zawieszony w prawach członka klubu PO. Wiceszef klubu Platformy Grzegorz Dolniak zapowiedział, że klub wykluczy Sycza, jeśli doniesienia medialne (o sprawie napisał tygodnik "Wprost") potwierdzą się i prokuratura zdecyduje się wszcząć postępowanie przeciwko posłowi.

Na piątkowej konferencji prasowej Sycz powiedział, że nie popełnił przestępstwa, ani wykroczenia w związku z budową wiaty, ani nie wpływał w jakikolwiek bezpośredni, czy pośredni sposób na udzielenie dofinansowania Stowarzyszeniu.

"Ani ja, ani nikt z mojej rodziny nie osiągnął najmniejszych korzyści majątkowych z tytułu przyznania dotacji Stowarzyszeniu. Medialna nagonka na mnie i moją rodzinę rozpętana została przez klubową koleżankę posłankę PO Lidię Staroń" - podkreślił Sycz.

Według niego, Staroń postanowiła za wszelką cenę doprowadzić do kryzysu w PO na Warmii i Mazurach i w ten sposób sam Sycz i jego rodzina - zdaniem posła - stali się "ofiarami nieposkromionych ambicji politycznych Staroń".

Staroń powiedziała w piątek PAP, że "nie interesuje ją, czy poseł Sycz jest z PO, LiD-u czy PiS". "Dostałam na jego temat informacje i dokumenty, które wzbudziły moje podejrzenia co do tego, czy w prawidłowy sposób korzystał on z publicznych pieniędzy. Moje podejrzenia są bardzo poważne, dlatego 11 lutego oddałam sprawę do zbadania NIK" - powiedziała posłanka.

Dodała, że według niej, "jeśli zarzuty wobec posła Sycza się potwierdzą, to powinien on zostać usunięty z klubu PO".

Sprawę przekazania dotacji Centrum Szkolenia Młodzieży na budowę wiaty opisał w niedzielę na swojej stronie internetowej tygodnik "Wprost" i określił ją jako "pierwszą aferę w koalicji PO - PSL".

Według tygodnika, w sprawę zamieszany jest, oprócz Sycza, także poseł PSL Adam Krzyśków. Obaj zasiadają we władzach Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, gdzie prezesem jest Krzyśków, a Sycz zasiada w radzie nadzorczej. Żona Mirona Sycza jest z kolei w władzach Stowarzyszenia, które z WFOŚiGW otrzymało dotację.

W niedzielę Krzyśków powiedział PAP, że w momencie rozliczenia dotacji Stowarzyszenie dysponowało wszystkimi niezbędnymi dokumentami i wszystko odbyło się zgodnie z prawem. W piątek powtórzył swoje stanowisko w tej sprawie.

Według "Wprost" ziemia, na której miała powstać wiata w momencie złożenia wniosku o dotację była prywatną działką Sycza a Stowarzysznie nie miało do niej żadnych praw. Również sama budowa była nielegalna, bo działka nie była budowlana i została odrolniona dopiero po zakończeniu budowy i podpisaniu umowy z WFOŚiGW.

Tygodnik sugeruje też, że wiata wybudowana z państwowych pieniędzy może w każdym momencie przejść na własność Sycza i może posłużyć do działalności rozrywkowo - gastronomicznej. Według "Wprost", Sycz przekazał Stowarzyszeniu działkę nie jako darowiznę, ale na zasadzie nieodpłatnego użyczenia. Taką umowę można rozwiązać z końcem każdego roku z warunkiem trzymiesięcznego wypowiedzenia.

Sycz to jeden z liderów mniejszości ukraińskiej na Warmii i Mazurach, przez wiele lat był dyrektorem zespołu szkół z językiem ukraińskim w Górowie Iławeckim. Sycz i Krzyśków zasiadali jako radni w sejmiku województwa warmińsko-mazurskiego, gdy zostali posłami złożyli mandaty radnych.

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie Mieczysław Orzechowski powiedział PAP, że po publikacji tygodnika "Wprost" prokuratura rejonowa Olsztyn-Południe wszczęła postępowanie sprawdzające, które ma potrwać do 29 lutego.

Partie: zamiast subwencji - 1% podatku

Likwidację finansowania ugrupowań politycznych z budżetu państwa zakłada przygotowany przez PO projekt zmian w przepisach, którzy przedstawił w piątek na konferencji prasowej w Sejmie poseł PO Jakub Szulc.

Według propozycji PO, partie nie otrzymywałyby subwencji budżetowych, w zamian zaś każdy podatnik mógłby przekazać co roku wybranej partii 1 proc. podatku.

Obecnie - zgodnie z ustawą o partiach politycznych - subwencje budżetowe przysługują tym ugrupowaniom, które w wyborach parlamentarnych zdobyły co najmniej 3 proc. głosów (w przypadku koalicji - 6 proc.). Wysokość subwencji jest obliczana proporcjonalnie do wyniku wyborczego.

Według informacji PKW, po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych co roku (w czasie trwania kadencji Sejmu) PO przysługuje prawie 38 mln zł; PiS - 35,5 mln zł, koalicji LiD - ponad 19,5 mln, a PSL - ponad 14 mln zł.

Wczoraj Wilk, dziś "medialny Matriks"

Platforma Obywatelska przez 100 dni rządzenia zafundowała Polakom "polityczny matrix" - uważa PiS i przedstawia premiera Donalda Tuska oraz czołowych polityków PO jako postaci amerykańskiego filmu braci Wachowskich "Matrix".

Zdaniem PiS, Platforma zarządza państwem poprzez tematy zastępcze. Według polityków największej partii opozycyjnej, PO w ciągu 100 dni rządzenia swoje "grzechy" starała się ukryć kreując sztuczne problemy - "polityczny matrix".

Młodzi posłowie PiS Adam Hofman i Mariusz Kamiński przedstawili w piątek multimedialną prezentację, w której porównano "grzechy" rządu ze sztucznie - zdaniem PiS - wykreowanymi problemami.

Premier Tusk wystąpił w niej jako główny bohater "Matrixa", ważne role otrzymali też pełnomocnik rządu ds. walki z korupcji Julia Pitera i mister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski.

"Zarządzanie państwem odbywa się dziś poprzez zarządzanie drugorzędną informacją, podawaną w sposób sensacyjny, ciekawy, przepiękny, a rząd zajmuje się tematami pobocznymi, a nie tymi, które dotykają Polaków. Nie podwyżkami, nie strajkami w służbie zdrowia, nie roszczeniami budżetówki, nie problemami bezpieczeństwa państwa, a laptopami, kartami SIM, nieważnymi wirtualnymi rzeczami i satelitą. To jest problem tego rządu" - mówił Hofman.

Kamiński wyraził nadzieję, że "to się skończy". "Życzę temu rządowi, aby przestał rządzić poprzez tematy zastępcze, aby nie administrował, ale naprawdę rządził Polską i aby skończył się ten jeden polityczny +Matriks+ - dodał Kamiński.