Szef klubu LiD Wojciech Olejniczak zobowiązał się przeprosić posłankę PiS Marię Nowak za to, że nazwał ją "bezczelnym kłamcą" - poinformował PAP szef sejmowej komisji etyki Sławomir Rybicki (PO) po jej środowym posiedzeniu.
Przeprosić zamierza również poseł PO Tomasz Tomczykiewicz. Tym razem nie chodzi o konkretnego posła, a cały PiS, którego rządy zostały przez polityka Platformy określone mianem "stalinizmu XXI wieku".
W związku z deklaracjami, jakie złożyli obaj politycy przed komisją na jej tajnym posiedzeniu, komisja etyki zdecydowała się zawiesić postępowanie w tych sprawach.
Olejniczak użył sformułowania pod adresem posłanki PiS 19 grudnia ub.r., podczas debaty sejmowej przed powołaniem komisji śledczej do wyjaśnienia okoliczności śmierci b. posłanki SLD Barbary Blidy.
W trakcie debaty Nowak zarzuciła Olejniczakowi, że Blida zwierzała się jej, iż została wykreślona z list SLD do Sejmu w 2005 r. Wówczas szef Klubu LiD wyszedł na trybunę sejmową i nazwał ją "bezczelnym kłamcą".
Nowak powiedziała w środę PAP, że będzie usatysfakcjonowana przeprosinami i zrezygnuje z domagania się ukarania Olejniczaka przez komisję etyki.
Podkreśliła jednak, że w związku z tym, iż słowa wypowiedziane przez polityka lewicy były transmitowane przez telewizję, przeprosiny również muszą mieć formę publiczną. Nie określiła jakiej dokładnie formy będzie się domagała.
Wniosek przeciwko Tomczykiewiczowi złożył szef klubu PiS Przemysław Gosiewski. Polityk PO użył sformułowania o "stalinizmie" 6 grudnia ub.r. w trakcie sejmowej debaty nad wnioskiem o powołanie komisji śledczej ws. okoliczności śmierci Blidy.
Mówiąc o atmosferze jaką - jego zdaniem - wytworzono wokół Blidy, powiedział: "takimi metodami rządził PiS". "Poprzez swoich funkcjonariuszy z prokuratorem generalnym Zbigniewem Ziobrą na czele. Stalinizm XXI wieku, rządzenie poprzez strach" - mówił wówczas Tomczykiewicz.
Rzecznik klubu PiS Mariusz Kamiński uznał chęć złożenia przeprosin przez Tomczykiewicza za dobry gest. "Myślę, że zrozumiał, że słowa te były zupełnie niepotrzebne" - ocenił Kamiński. Dodał, że klub PiS nie będzie się domagał szczególnej formy przeprosin, a zadowoli się "zwykłym przepraszam".
Jednak mimo ewentualnych przeprosin klub PiS będzie się też domagał, by Tomczykiewicz został w jakiś sposób ukarany przez komisję etyki. "Uważamy, że komisja etyki jest od tego, by właśnie w takich sprawach reagowała i myślę, że chociażby upomnienie należy się posłowi" - oświadczył rzecznik klubu PiS.
środa, 6 lutego 2008
Umorzono postępowanie wobec ekologów
Krakowska prokuratura umorzyła postępowanie wobec ekologów, którzy protestowali w zeszłym roku w Krakowie przeciw zanieczyszczaniu Bałtyku. Wtargnęli oni do hotelu, gdzie odbywała się międzynarodowa konferencja ministrów środowiska.
"Postępowanie zostało umorzone w związku ze znikomym stopniem społecznej szkodliwości" - powiedział PAP w środę prokurator rejonowy dla Krakowa-Podgórza, Jacek Para.
Aktywiści Greenpeace dostali się do krakowskiego hotelu, w którym w listopadzie ub. roku odbywała się konferencja ministrów środowiska państw nadbałtyckich i wywiesili na budynku wielki plakat z napisem, mówiącym że Bałtyk jest zanieczyszczony i nadmiernie eksploatowany. Zdaniem ekologów, Bałtycki Plan Działań HELCOM, który miał zostać przyjęty podczas spotkania ministrów, nie chronił Bałtyku.
Po blisko godzinie, na skutek interwencji policji, plakat zwinięto. Policja zatrzymała siedmioro uczestników pikiety. Zarzucono im wtargnięcie do hotelu, czyli tzw. naruszenie miru domowego. Grozi za to kara grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do roku.
Prokuratura jednak uznała, że działania ekologów cechował znikomy stopień społecznej szkodliwości, i umorzyła postępowanie. Decyzja o umorzeniu nie jest jeszcze prawomocna.
"Postępowanie zostało umorzone w związku ze znikomym stopniem społecznej szkodliwości" - powiedział PAP w środę prokurator rejonowy dla Krakowa-Podgórza, Jacek Para.
Aktywiści Greenpeace dostali się do krakowskiego hotelu, w którym w listopadzie ub. roku odbywała się konferencja ministrów środowiska państw nadbałtyckich i wywiesili na budynku wielki plakat z napisem, mówiącym że Bałtyk jest zanieczyszczony i nadmiernie eksploatowany. Zdaniem ekologów, Bałtycki Plan Działań HELCOM, który miał zostać przyjęty podczas spotkania ministrów, nie chronił Bałtyku.
Po blisko godzinie, na skutek interwencji policji, plakat zwinięto. Policja zatrzymała siedmioro uczestników pikiety. Zarzucono im wtargnięcie do hotelu, czyli tzw. naruszenie miru domowego. Grozi za to kara grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do roku.
Prokuratura jednak uznała, że działania ekologów cechował znikomy stopień społecznej szkodliwości, i umorzyła postępowanie. Decyzja o umorzeniu nie jest jeszcze prawomocna.
Premier: rząd popiera abolicję podatkową
Premier Donald Tusk zadeklarował, że jego rząd jest zdeterminowany, aby doprowadzić do sytuacji, w której Polacy pracujący za granicą zostaliby zwolnieni z obowiązku płacenia w Polsce podatku od dochodów uzyskanych w innych krajach.
"Będziemy chcieli sfinalizować kwestię abolicji" - podkreślił Tusk podczas środowej konferencji prasowej w Warszawie.
"Jest możliwość ustawowa i równocześnie badamy drugą ścieżkę, która może zadziałać skuteczniej - indywidualne, w skali masowej, poprzez decyzje samego ministerstwa finansów i skarbówki - odstąpienie od ściągnięcia podatków. Ta alternatywa jest realna" - powiedział szef rządu.
Jak dodał, spotkał się już w tej sprawie z ministrem finansów Jackiem Rostowskim.
Tusk powiedział, że w niczym nie przeszkadza mu fakt, że projekt o abolicji podatkowej złożył klub LiD. "Mnie jest zupełnie obojętne, kto składa projekty. Zobaczymy co najskuteczniej ochroni Polaków od skutków podwójnego opodatkowania i to rozwiązanie na pewno w tym roku wprowadzimy w życie" - podkreślił.
Jak ocenił, projekt LiD spełnia zapowiedź Platformy.
Posłowie LiD chcieli, by Sejm zajął się ich projektem abolicji podatkowej jeszcze na obecnym posiedzeniu. Projekt nowelizacji ustawy o PIT zakłada, że Polacy pracujący za granicą w latach 2002- 2006 zostaliby zwolnieni z zapłaty podatku w Polsce od dochodów uzyskanych za granicą.
Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski poinformował jednak rano posłów, że projekt ten może zostać rozpatrzony ewentualnie dopiero na następnym posiedzeniu - za 3 tygodnie. Przekonywał, że chodzi o to, aby tak ważne zmiany w podatkach odbyły się w ramach "całościowego projektu". Dlatego - mówił - warto poczekać 2-3 tygodnie na stanowisko rządu i wtedy projekty koalicji rządowej oraz LiD rozpatrywane będą razem.
Do tej sprawy ponownie odniósł się na późniejszej konferencji prasowej szef klubu LiD Wojciech Olejniczak. "Domagamy się, aby nasze prace, które rozpoczęliśmy w tej kadencji nie były blokowane" - oświadczył Olejniczak. Jak dodał, dotyczy to nie tylko abolicji podatkowej, ale też m.in. projektów noweli ustawy o Trybunale Konstytucyjnym oraz o przekazaniu dodatkowych środków na leczenie chorób psychicznych i uzależnień.
"Apeluję jeszcze raz do marszałka, aby nasze projekty były pilnie procedowane, abyśmy mogli je uchwalić" - dodał Olejniczak.
"Będziemy chcieli sfinalizować kwestię abolicji" - podkreślił Tusk podczas środowej konferencji prasowej w Warszawie.
"Jest możliwość ustawowa i równocześnie badamy drugą ścieżkę, która może zadziałać skuteczniej - indywidualne, w skali masowej, poprzez decyzje samego ministerstwa finansów i skarbówki - odstąpienie od ściągnięcia podatków. Ta alternatywa jest realna" - powiedział szef rządu.
Jak dodał, spotkał się już w tej sprawie z ministrem finansów Jackiem Rostowskim.
Tusk powiedział, że w niczym nie przeszkadza mu fakt, że projekt o abolicji podatkowej złożył klub LiD. "Mnie jest zupełnie obojętne, kto składa projekty. Zobaczymy co najskuteczniej ochroni Polaków od skutków podwójnego opodatkowania i to rozwiązanie na pewno w tym roku wprowadzimy w życie" - podkreślił.
Jak ocenił, projekt LiD spełnia zapowiedź Platformy.
Posłowie LiD chcieli, by Sejm zajął się ich projektem abolicji podatkowej jeszcze na obecnym posiedzeniu. Projekt nowelizacji ustawy o PIT zakłada, że Polacy pracujący za granicą w latach 2002- 2006 zostaliby zwolnieni z zapłaty podatku w Polsce od dochodów uzyskanych za granicą.
Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski poinformował jednak rano posłów, że projekt ten może zostać rozpatrzony ewentualnie dopiero na następnym posiedzeniu - za 3 tygodnie. Przekonywał, że chodzi o to, aby tak ważne zmiany w podatkach odbyły się w ramach "całościowego projektu". Dlatego - mówił - warto poczekać 2-3 tygodnie na stanowisko rządu i wtedy projekty koalicji rządowej oraz LiD rozpatrywane będą razem.
Do tej sprawy ponownie odniósł się na późniejszej konferencji prasowej szef klubu LiD Wojciech Olejniczak. "Domagamy się, aby nasze prace, które rozpoczęliśmy w tej kadencji nie były blokowane" - oświadczył Olejniczak. Jak dodał, dotyczy to nie tylko abolicji podatkowej, ale też m.in. projektów noweli ustawy o Trybunale Konstytucyjnym oraz o przekazaniu dodatkowych środków na leczenie chorób psychicznych i uzależnień.
"Apeluję jeszcze raz do marszałka, aby nasze projekty były pilnie procedowane, abyśmy mogli je uchwalić" - dodał Olejniczak.
Szkolnym mundurki już nie będą obowiązkowe
Od przyszłego roku szkolnego szkoły będą mogły zdecydować czy uczniowie mają chodzić w mundurkach. PO chce znieść wprowadzony przez Romana Giertycha obowiązek noszenia mundurków przez uczniów szkół podstawowych i gimnazjów.
Platforma złożyła u marszałka Sejmu projekt noweli ustawy o systemie oświaty. Zapisano w nim, że to nie minister, a dyrektor szkoły w porozumieniu z radą rodziców, radą pedagogiczną i samorządem uczniowskim ma decydować o zasadach ubierania się w szkole.
"Nie chcemy ani ubierać uczniów na siłę, ani na siłę ich rozbierać. Przez ten rok, kiedy są obowiązkowe mundurki, rodzice i uczniowie będą mieli możliwość podjęcia odpowiedzialnych decyzji" - mówiła na środowej konferencji prasowej w Sejmie Domicela Kopaczewska (PO).
Zgodnie z projektem, dyrektor może - ale nie musi - po uzyskaniu pozytywnej opinii rady rodziców i rady pedagogicznej wprowadzić obowiązek noszenia mundurków. Z wnioskiem o wprowadzenie mundurków może wystąpić rada szkoły, rada rodziców, rada pedagogiczna albo samorząd uczniowski.
Wzór mundurków oraz zasady jego noszenia określać ma statut szkoły. Także w szkołach, które mundurków nie wprowadzą, statut określi zasady ubierania się uczniów na terenie szkoły.
W projekcie nie wpisano, że zmiany mają obowiązywać od września, ale - jak zadeklarowała Kopaczewska - intencją Platformy jest, by nowela zaczęła obowiązywać od przyszłego roku szkolnego.
Projekt likwiduje też zapisy ograniczające szkole swobodny dobór podręczników i programów dostępnych na rynku. Projekt skreśla m.in. zapisy limitujące do trzech zestaw podręczników dla danych zajęć edukacyjnych. Skreślono też zapis stanowiący, że szkolny zestaw programów nauczania i szkolny zestaw podręczników obowiązuje przez trzy lata szkolne, a ewentualna ich zmiana nie może nastąpić w trakcie roku szkolnego.
Platforma złożyła u marszałka Sejmu projekt noweli ustawy o systemie oświaty. Zapisano w nim, że to nie minister, a dyrektor szkoły w porozumieniu z radą rodziców, radą pedagogiczną i samorządem uczniowskim ma decydować o zasadach ubierania się w szkole.
"Nie chcemy ani ubierać uczniów na siłę, ani na siłę ich rozbierać. Przez ten rok, kiedy są obowiązkowe mundurki, rodzice i uczniowie będą mieli możliwość podjęcia odpowiedzialnych decyzji" - mówiła na środowej konferencji prasowej w Sejmie Domicela Kopaczewska (PO).
Zgodnie z projektem, dyrektor może - ale nie musi - po uzyskaniu pozytywnej opinii rady rodziców i rady pedagogicznej wprowadzić obowiązek noszenia mundurków. Z wnioskiem o wprowadzenie mundurków może wystąpić rada szkoły, rada rodziców, rada pedagogiczna albo samorząd uczniowski.
Wzór mundurków oraz zasady jego noszenia określać ma statut szkoły. Także w szkołach, które mundurków nie wprowadzą, statut określi zasady ubierania się uczniów na terenie szkoły.
W projekcie nie wpisano, że zmiany mają obowiązywać od września, ale - jak zadeklarowała Kopaczewska - intencją Platformy jest, by nowela zaczęła obowiązywać od przyszłego roku szkolnego.
Projekt likwiduje też zapisy ograniczające szkole swobodny dobór podręczników i programów dostępnych na rynku. Projekt skreśla m.in. zapisy limitujące do trzech zestaw podręczników dla danych zajęć edukacyjnych. Skreślono też zapis stanowiący, że szkolny zestaw programów nauczania i szkolny zestaw podręczników obowiązuje przez trzy lata szkolne, a ewentualna ich zmiana nie może nastąpić w trakcie roku szkolnego.
piątek, 11 stycznia 2008
Rydzyk dostanie 27 milionów
W wyniku kontroli dotyczącej przyznania dotacji dla Fundacji "Lux Veritatis" na poszukiwanie złóż wód geotermalnych stwierdzono szereg uchybień - poinformował minister środowiska Maciej Nowicki. Fundacja o. Rydzyka otrzyma jednak pieniądze.
"Umowa zawarta między Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska a Fundacją ma charakter cywilno-prawny i jest wiążąca. Oznacza to, że Fundacja otrzyma pieniądze, a konsekwencje mogą być wyciągnięte jedynie w stosunku do pracowników funduszu" - powiedział Nowicki w piątek na konferencji prasowej.
W myśl tej umowy, fundacja związana z o. Tadeuszem Rydzykiem "Lux Veritatis" ma dostać 27 mln zł na poszukiwanie złóż wód geotermalnych na terenie Torunia. Mają one ogrzewać kompleks akademicki toruńskiej uczelni o. Rydzyka.
Minister Nowicki uważa, że będzie to najdroższe poszukiwanie badawcze, jakie do tej pory przeprowadzono w Polsce. Podobny odwiert na terenie Gostynina ma kosztować 14 mln zł. Jednak - jak zaznaczył minister - w przypadku odwiertów geologicznych nie można porównywać wydatków m.in. z uwagi na różną głębokość złóż i zastosowane technologie.
"Zasadność przeznaczenia tak dużej kwoty na to przedsięwzięcie jest podważana, wnioskuję do rady nadzorczej NFOŚ o wyciągnięcie konsekwencji wobec winnych tego co się stało. Czy jakieś wnioski będą skierowanie do prokuratury też leży w gestii rady nadzorczej" - powiedział minister środowiska.
Nowicki zaznaczył, że wyniki kontroli będą zamieszczone na stronie internetowej ministerstwa środowiska, gdy kontrolowane strony złożą wyjaśnienia. NFOŚ ma odpowiedzieć na zarzuty do poniedziałku.
Główny geolog kraju, wiceminister środowiska Henryk Jezierski wyjaśnił, że aby wydobywać w Polsce wody geotermalne trzeba uzyskać koncesję geologiczną. "Z kontroli wynika, że nie ma żadnych podstaw, aby kwestionować ważność tej koncesji (dla Fundacji Lux Veritatis - PAP). Oczywiście były drobne uchybienia polegające np. na tym, że rozesłano zawiadomienia do większej liczby stron postępowania niż to wynika z przepisów prawa" - powiedział Jezierski.
Nowicki podkreślił, że koncesja, którą Fundacja otrzymała w 2001 roku była wydana na 4 lata, ale rozpoczęcie prac geologicznych powinno rozpocząć się w ciągu 6 miesięcy. Ta koncesja była trzykrotnie zmieniana, dlatego że Fundacja nie rozpoczynała prac geologicznych.
Wiceminister środowiska Stanisław Gawłowski, który jest przewodniczącym rady nadzorczej NFOŚ wyjaśnił, że wśród nieprawidłowości można wymienić m.in. obowiązek pełnego pokrycia kosztów całego przedsięwzięcia. Najpierw Fundacja dostała 12 mln zł, potem wystąpiła o kolejne 15 mln zł.
Gawłowski podkreślił, że decyzja o przyznaniu drugiej transzy zapadła w pośpiechu; na ostatnim, przed zmianą rządu, posiedzeniu rady nadzorczej Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska.
Wynik głosowania w sprawie przyznania Fundacji środków był niepewny, poprzedni minister środowiska Jan Szyszko z PiS, na godzinę przed głosowaniem odwołał członka rady Adama Wasiaka, który nie ukrywał, że jest przeciwnikiem zwiększenia dotacji. Zabiegi odniosły skutek, z siedmiu członków rady obecnych na spotkaniu sześciu było za, jeden wstrzymał się od głosu.
"Poza tym osoby, które podpisywały umowę do dzisiaj nie dostarczyły, stosownych pełnomocnictw, a w każdym razie w dokumentach, które znajdują się w NFOŚ ich nie ma" - powiedział Gawłowski.
W lutym 2007 r. NFOŚ przyznał już 12 mln zł na ten projekt. Prezes Funduszu Kazimierz Kujda tłumaczył wówczas, że wniosek Fundacji "Lux Veritatis" poddany był precyzyjnie określonej procedurze, zgodnej z ustawą Prawo ochrony środowiska. Dodał, że procedury związane z przyznawaniem dofinansowania inwestycji proekologicznych są dla wszystkich beneficjentów takie same.
Odwierty geotermalne mają znajdować się na terenie dzierżawionej przez redemptorystów części Portu Drzewnego w Toruniu.
Media pisały, że kontrola w Krajowym Zarządzie Gospodarki Wodnej (KZGW) i Regionalnym Zarządzie Gospodarki Wodnej (RZGW) w Gdańsku natrafiła na szereg nieprawidłowości w procedurach związanych z dzierżawą części Portu. Stanowisko stracił prezes KZGW Mariusz Gajda. "Dymisja Gajdy ma związek z wydzierżawieniem Zgromadzeniu Redemptorystów w Toruniu działki sąsiadującej z uczelnią ojca Rydzyka" - podawał "Wprost".
"Gazeta Wyborcza" pisała, że fundacja ojca Tadeusza Rydzyka nie dostanie 27 mln zł dotacji na odwierty geotermalne w Toruniu, bo ma koncesję wydaną niezgodnie z prawem.
Były minister środowiska Jan Szyszko mówił w Radiu Maryja, że nie przypuszcza, aby doszło do uchybień resortu środowiska przy przyznawaniu unijnej dotacji na odwierty geotermalne w Toruniu.
Szyszko zapewniał, że wbrew informacjom prasowym, to nie on wydawał koncesję na prace geologiczne, a główny geolog kraju. Z kolei opinię, uwzględniającą program Natura 2000, podpisał główny konserwator przyrody.
Szyszko podkreślał, że toruńska inwestycja pod względem oddziaływania na środowisko jest przygotowana "idealnie" i może być uznana za "wzorcową".
"Umowa zawarta między Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska a Fundacją ma charakter cywilno-prawny i jest wiążąca. Oznacza to, że Fundacja otrzyma pieniądze, a konsekwencje mogą być wyciągnięte jedynie w stosunku do pracowników funduszu" - powiedział Nowicki w piątek na konferencji prasowej.
W myśl tej umowy, fundacja związana z o. Tadeuszem Rydzykiem "Lux Veritatis" ma dostać 27 mln zł na poszukiwanie złóż wód geotermalnych na terenie Torunia. Mają one ogrzewać kompleks akademicki toruńskiej uczelni o. Rydzyka.
Minister Nowicki uważa, że będzie to najdroższe poszukiwanie badawcze, jakie do tej pory przeprowadzono w Polsce. Podobny odwiert na terenie Gostynina ma kosztować 14 mln zł. Jednak - jak zaznaczył minister - w przypadku odwiertów geologicznych nie można porównywać wydatków m.in. z uwagi na różną głębokość złóż i zastosowane technologie.
"Zasadność przeznaczenia tak dużej kwoty na to przedsięwzięcie jest podważana, wnioskuję do rady nadzorczej NFOŚ o wyciągnięcie konsekwencji wobec winnych tego co się stało. Czy jakieś wnioski będą skierowanie do prokuratury też leży w gestii rady nadzorczej" - powiedział minister środowiska.
Nowicki zaznaczył, że wyniki kontroli będą zamieszczone na stronie internetowej ministerstwa środowiska, gdy kontrolowane strony złożą wyjaśnienia. NFOŚ ma odpowiedzieć na zarzuty do poniedziałku.
Główny geolog kraju, wiceminister środowiska Henryk Jezierski wyjaśnił, że aby wydobywać w Polsce wody geotermalne trzeba uzyskać koncesję geologiczną. "Z kontroli wynika, że nie ma żadnych podstaw, aby kwestionować ważność tej koncesji (dla Fundacji Lux Veritatis - PAP). Oczywiście były drobne uchybienia polegające np. na tym, że rozesłano zawiadomienia do większej liczby stron postępowania niż to wynika z przepisów prawa" - powiedział Jezierski.
Nowicki podkreślił, że koncesja, którą Fundacja otrzymała w 2001 roku była wydana na 4 lata, ale rozpoczęcie prac geologicznych powinno rozpocząć się w ciągu 6 miesięcy. Ta koncesja była trzykrotnie zmieniana, dlatego że Fundacja nie rozpoczynała prac geologicznych.
Wiceminister środowiska Stanisław Gawłowski, który jest przewodniczącym rady nadzorczej NFOŚ wyjaśnił, że wśród nieprawidłowości można wymienić m.in. obowiązek pełnego pokrycia kosztów całego przedsięwzięcia. Najpierw Fundacja dostała 12 mln zł, potem wystąpiła o kolejne 15 mln zł.
Gawłowski podkreślił, że decyzja o przyznaniu drugiej transzy zapadła w pośpiechu; na ostatnim, przed zmianą rządu, posiedzeniu rady nadzorczej Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska.
Wynik głosowania w sprawie przyznania Fundacji środków był niepewny, poprzedni minister środowiska Jan Szyszko z PiS, na godzinę przed głosowaniem odwołał członka rady Adama Wasiaka, który nie ukrywał, że jest przeciwnikiem zwiększenia dotacji. Zabiegi odniosły skutek, z siedmiu członków rady obecnych na spotkaniu sześciu było za, jeden wstrzymał się od głosu.
"Poza tym osoby, które podpisywały umowę do dzisiaj nie dostarczyły, stosownych pełnomocnictw, a w każdym razie w dokumentach, które znajdują się w NFOŚ ich nie ma" - powiedział Gawłowski.
W lutym 2007 r. NFOŚ przyznał już 12 mln zł na ten projekt. Prezes Funduszu Kazimierz Kujda tłumaczył wówczas, że wniosek Fundacji "Lux Veritatis" poddany był precyzyjnie określonej procedurze, zgodnej z ustawą Prawo ochrony środowiska. Dodał, że procedury związane z przyznawaniem dofinansowania inwestycji proekologicznych są dla wszystkich beneficjentów takie same.
Odwierty geotermalne mają znajdować się na terenie dzierżawionej przez redemptorystów części Portu Drzewnego w Toruniu.
Media pisały, że kontrola w Krajowym Zarządzie Gospodarki Wodnej (KZGW) i Regionalnym Zarządzie Gospodarki Wodnej (RZGW) w Gdańsku natrafiła na szereg nieprawidłowości w procedurach związanych z dzierżawą części Portu. Stanowisko stracił prezes KZGW Mariusz Gajda. "Dymisja Gajdy ma związek z wydzierżawieniem Zgromadzeniu Redemptorystów w Toruniu działki sąsiadującej z uczelnią ojca Rydzyka" - podawał "Wprost".
"Gazeta Wyborcza" pisała, że fundacja ojca Tadeusza Rydzyka nie dostanie 27 mln zł dotacji na odwierty geotermalne w Toruniu, bo ma koncesję wydaną niezgodnie z prawem.
Były minister środowiska Jan Szyszko mówił w Radiu Maryja, że nie przypuszcza, aby doszło do uchybień resortu środowiska przy przyznawaniu unijnej dotacji na odwierty geotermalne w Toruniu.
Szyszko zapewniał, że wbrew informacjom prasowym, to nie on wydawał koncesję na prace geologiczne, a główny geolog kraju. Z kolei opinię, uwzględniającą program Natura 2000, podpisał główny konserwator przyrody.
Szyszko podkreślał, że toruńska inwestycja pod względem oddziaływania na środowisko jest przygotowana "idealnie" i może być uznana za "wzorcową".
Komisja śledcza ws. Blidy rozpoczęła pracę
Sejmowa komisja śledcza do wyjaśnienia okoliczności śmierci byłej posłanki SLD Barbary Blidy rozpoczęła pracę. W piątek jej przewodniczącym został wybrany Ryszard Kalisz (LiD), a jego zastępcą Tomasz Tomczykiewicz (PO).
Ponadto w komisji zasiadają: z PO - Danuta Pietraszewska i Marek Wójcik; z PiS - Wojciecha Szarama i Beata Kempa, a z PSL - Tadeusza Sławecki.
W prezydium komisji śledczej nie ma przedstawiciela PiS, drugiego co do wielkości klubu w Sejmie. Kempa wnioskowała podczas pierwszego posiedzenia komisji, aby w jej prezydium zasiadało czterech posłów - tak, by każdy z klubów miał swojego przedstawiciela. Jednak - na wniosek Kalisza - zdecydowano, że będzie jeden wiceprzewodniczący.
"Chcieliśmy rzetelnej reprezentacji wszystkich klubów parlamentarnych w prezydium komisji przy ustalaniu ważnych kwestii. Trzeba będzie być bardzo czujnym i kontrolować wszelkie wypowiedzi Kalisza. Będziemy dyscyplinować przewodniczącego" - mówiła później dziennikarzom Kepma.
Kalisz zapewnia, że najważniejsze sprawy będą rozstrzygane w pełnym składzie komisji.
Pytany o skład prezydium komisji śledczej marszałek Sejmu Bronisław Komorowski zaznaczył, że "taka była decyzja większości komisji". Marszałek zwrócił uwagę, że komisja jest "mała, 7- osobowa", więc - jego zdaniem - "rola prezydium jest niewielka".
"Zwłaszcza po deklaracji posła Kalisza, że wszystkie istotne sprawy z punktu widzenia pracy komisji będą ustalane w pełnym składzie. Mogłoby dojść do śmiesznej sytuacji, w której więcej niż połowa składu osobowego komisji tworzyła prezydium" - dodał Komorowski.
Podczas pierwszego posiedzenia komisji jej członkowie najbardziej spierali się o jakie dokumenty komisja powinna wystąpić.
Kalisz zapowiedział, że będzie chciał wystąpić do prokuratury w Katowicach o udostępnienie akt dotyczących mafii węglowej, przede wszystkim dokumentów z przesłuchań Barbary K. (tzw. śląskiej Alexis) i innych osób, gdzie pojawia się nazwisko Blidy.
Przewodniczący komisji chce także wystąpić o dokumenty do prokuratury w Łodzi, która prowadzi śledztwo w sprawie okoliczności śmierci Blidy. Zapowiedział także, że zwróci się o materiały operacyjne ABW oraz protokoły z przesłuchań przed komisją ds. służb specjalnych poprzedniej kadencji Sejmu byłego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka i byłego komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego.
Kalisz zwrócił się także do innych członków komisji, aby wystąpili o certyfikat dostępu do materiałów niejawnych.
Z kolei Beata Kempa uważa, że Kalisz chce wybiórczo wystąpić o dokumenty. Przekonywała, że nie sposób podejmować decyzji na podstawie "tylko i wyłącznie wybranych dokumentów". "To jest błąd z założenia i w tej sytuacji obawiam się, że może nawet dojść do manipulacji, który dokument komisji przedłożyć, a który nie przedłożyć" - podkreśliła Kempa.
"Żeby nie było tak, że będą dostarczane tylko te dokumenty, które będą wygodne bądź dobre dla tych członków komisji, którzy są przeciwni PiS" - dodała posłanka PiS.
Kalisz ripostował, że posłanka PiS chce "bocznymi drzwiami ugrać na komisji badanie afery węglowej". "Nie ze mną te numery" - zaznaczył.
Nikt z członków komisji nie chciał wypowiadać się na temat ewentualnych pierwszych przesłuchań przed komisją. Jak mówił Kalisz, o tym kogo komisja wezwie, jako pierwszych na świadków, zdecyduje analiza materiału dowodowego, którym w tej sprawie dysponuje prokuratura, dokumentów operacyjnych, materiałów prasowych, a także zeznań m.in. Janusza Kaczmarka przed sejmową speckomisją w poprzedniej kadencji.
Zdaniem przewodniczącego, komisja będzie chciała najpierw wezwać świadków tzw. bezpośrednich, którzy brali udział w akcji ABW w domu Blidy, później natomiast "ich mocodawców". Dodał, chciałby, aby jak największa liczba posiedzeń była jawna. "Wszystko, co będzie możliwe, powinno być jawne. Ja będę wnosił, że jeżeli ci świadkowie będą się zasłaniali, że mają gryf tajności co do informacji, aby odpowiedni organ zwalniał ich z zachowania tajemnicy" - podkreślił Kalisz.
Do zadań komisji śledczej należy: zbadanie legalności i zgodności z obowiązującymi procedurami czynności przeprowadzonych w domu Blidy przez funkcjonariuszy ABW; ocena prawidłowości działań funkcjonariuszy, którzy byli odpowiedzialni za przygotowanie i zapewnienie właściwego przebiegu czynności ABW u Blidy; zbadanie legalności działań prokuratury w postępowaniu zmierzającym do postawienia zarzutów byłej posłance SLD.
25 kwietnia Barbara Blida popełniła samobójstwo, gdy funkcjonariusze ABW przyszli przeszukać jej dom i - na polecenie Prokuratury Okręgowej w Katowicach - zatrzymać ją w związku z podejrzeniami o korupcję w handlu węglem. Okoliczności planowanego zatrzymania oraz śmierci Blidy bada łódzka prokuratura okręgowa.
Ponadto w komisji zasiadają: z PO - Danuta Pietraszewska i Marek Wójcik; z PiS - Wojciecha Szarama i Beata Kempa, a z PSL - Tadeusza Sławecki.
W prezydium komisji śledczej nie ma przedstawiciela PiS, drugiego co do wielkości klubu w Sejmie. Kempa wnioskowała podczas pierwszego posiedzenia komisji, aby w jej prezydium zasiadało czterech posłów - tak, by każdy z klubów miał swojego przedstawiciela. Jednak - na wniosek Kalisza - zdecydowano, że będzie jeden wiceprzewodniczący.
"Chcieliśmy rzetelnej reprezentacji wszystkich klubów parlamentarnych w prezydium komisji przy ustalaniu ważnych kwestii. Trzeba będzie być bardzo czujnym i kontrolować wszelkie wypowiedzi Kalisza. Będziemy dyscyplinować przewodniczącego" - mówiła później dziennikarzom Kepma.
Kalisz zapewnia, że najważniejsze sprawy będą rozstrzygane w pełnym składzie komisji.
Pytany o skład prezydium komisji śledczej marszałek Sejmu Bronisław Komorowski zaznaczył, że "taka była decyzja większości komisji". Marszałek zwrócił uwagę, że komisja jest "mała, 7- osobowa", więc - jego zdaniem - "rola prezydium jest niewielka".
"Zwłaszcza po deklaracji posła Kalisza, że wszystkie istotne sprawy z punktu widzenia pracy komisji będą ustalane w pełnym składzie. Mogłoby dojść do śmiesznej sytuacji, w której więcej niż połowa składu osobowego komisji tworzyła prezydium" - dodał Komorowski.
Podczas pierwszego posiedzenia komisji jej członkowie najbardziej spierali się o jakie dokumenty komisja powinna wystąpić.
Kalisz zapowiedział, że będzie chciał wystąpić do prokuratury w Katowicach o udostępnienie akt dotyczących mafii węglowej, przede wszystkim dokumentów z przesłuchań Barbary K. (tzw. śląskiej Alexis) i innych osób, gdzie pojawia się nazwisko Blidy.
Przewodniczący komisji chce także wystąpić o dokumenty do prokuratury w Łodzi, która prowadzi śledztwo w sprawie okoliczności śmierci Blidy. Zapowiedział także, że zwróci się o materiały operacyjne ABW oraz protokoły z przesłuchań przed komisją ds. służb specjalnych poprzedniej kadencji Sejmu byłego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka i byłego komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego.
Kalisz zwrócił się także do innych członków komisji, aby wystąpili o certyfikat dostępu do materiałów niejawnych.
Z kolei Beata Kempa uważa, że Kalisz chce wybiórczo wystąpić o dokumenty. Przekonywała, że nie sposób podejmować decyzji na podstawie "tylko i wyłącznie wybranych dokumentów". "To jest błąd z założenia i w tej sytuacji obawiam się, że może nawet dojść do manipulacji, który dokument komisji przedłożyć, a który nie przedłożyć" - podkreśliła Kempa.
"Żeby nie było tak, że będą dostarczane tylko te dokumenty, które będą wygodne bądź dobre dla tych członków komisji, którzy są przeciwni PiS" - dodała posłanka PiS.
Kalisz ripostował, że posłanka PiS chce "bocznymi drzwiami ugrać na komisji badanie afery węglowej". "Nie ze mną te numery" - zaznaczył.
Nikt z członków komisji nie chciał wypowiadać się na temat ewentualnych pierwszych przesłuchań przed komisją. Jak mówił Kalisz, o tym kogo komisja wezwie, jako pierwszych na świadków, zdecyduje analiza materiału dowodowego, którym w tej sprawie dysponuje prokuratura, dokumentów operacyjnych, materiałów prasowych, a także zeznań m.in. Janusza Kaczmarka przed sejmową speckomisją w poprzedniej kadencji.
Zdaniem przewodniczącego, komisja będzie chciała najpierw wezwać świadków tzw. bezpośrednich, którzy brali udział w akcji ABW w domu Blidy, później natomiast "ich mocodawców". Dodał, chciałby, aby jak największa liczba posiedzeń była jawna. "Wszystko, co będzie możliwe, powinno być jawne. Ja będę wnosił, że jeżeli ci świadkowie będą się zasłaniali, że mają gryf tajności co do informacji, aby odpowiedni organ zwalniał ich z zachowania tajemnicy" - podkreślił Kalisz.
Do zadań komisji śledczej należy: zbadanie legalności i zgodności z obowiązującymi procedurami czynności przeprowadzonych w domu Blidy przez funkcjonariuszy ABW; ocena prawidłowości działań funkcjonariuszy, którzy byli odpowiedzialni za przygotowanie i zapewnienie właściwego przebiegu czynności ABW u Blidy; zbadanie legalności działań prokuratury w postępowaniu zmierzającym do postawienia zarzutów byłej posłance SLD.
25 kwietnia Barbara Blida popełniła samobójstwo, gdy funkcjonariusze ABW przyszli przeszukać jej dom i - na polecenie Prokuratury Okręgowej w Katowicach - zatrzymać ją w związku z podejrzeniami o korupcję w handlu węglem. Okoliczności planowanego zatrzymania oraz śmierci Blidy bada łódzka prokuratura okręgowa.
Paweł Kowal w teczce wojskowych służb
Poseł PiS Paweł Kowal zaprzecza, by współpracował z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Podkreśla, że nagabywano go i zachęcano do współpracy, ale nie podjął jej. Kowal zwrócił się o odtajnienie dokumentacji w tej sprawie.
W ten sposób poseł PiS, były wiceminister spraw zagranicznych, odniósł się do informacji piątkowego "Dziennika", który podał, że Kowal był w latach 2003 - 2005 zarejestrowany jako tajny współpracownik Wojskowych Służb Informacyjnych o pseudonimie "Pallad".
"Nawet po przeczytaniu tego artykułu szybko się człowiek orientuje, że faktycznie nie ma żadnych elementów współpracy. Były faktycznie wielokrotne próby nagabywania mnie przez służby specjalne, zachęcania do jakiejś formy współpracy, ja jej nie podjąłem" - powiedział Kowal w piątek rano w TVP Info.
Zdaniem polityka PiS, jest to próba "dość brutalnego ataku politycznego", a celem jest pokazanie jego jako osoby, która ma coś do ukrycia.
"Dlatego ja bardzo szybko wystąpiłem do ministra obrony narodowej o to, by odtajnił wszelką dokumentację, jeśli jakaś na mój temat została zgromadzona" - podkreślił Kowal.
Jak mówił, teraz okazuje się, że był inwigilowany, a od dziennikarzy dowiedział się, że także jego rodzina była obserwowana. Podkreślił, że trzeba to wszystko sprawdzić, także to, czy w "teczce" WSI znalazł się legalnie.
"Mam nadzieję, że minister obrony narodowej mi w tym pomoże, po postu pokazując wszystko co jest na mój temat zgromadzone. Tam nie ma nic nadzwyczajnego" - dodał Kowal.
Zaznaczył, że już wcześnie mówił "wielu osobom" o całej sprawie.
Kowal potwierdził informacje "Dziennika", że przeprowadził kilkanaście rozmów telefonicznych i spotkań z przedstawicielami służb. Relacjonował, że przez kilka pierwszych kontaktów nie wiedział z kim rozmawiał, bo ludzie, którzy do niego przyszli, przedstawili się jako urzędnicy jednego z ministerstw.
Jak mówił, nie dziwił się temu, bo wówczas był ekspertem i nie zajmował się polityką. "Gdy się zorientowałem, poprosiłem o wyjaśnienie skąd są i kiedy to nastąpiło, to zobowiązałem się zachować sprawę w dyskrecji. Uważam, że jak ktoś w wolnym państwie zobowiązuje się wobec organów państwa do czegoś takiego, powinien tego dotrzymać" - mówił Kowal.
Dodał, że ze względu na to, że zobowiązał się do zachowania tajemnicy w sprawie tego "co mu zaproponowano", on sam nie może ujawnić żadnych szczegółów.
Kowal poinformował, że zwrócił się także w związku z całą sprawą do Jana Olszewskiego, szefa komisji weryfikacyjnej byłych WSI. Podkreślił jednak, że nie ma "za bardzo podstaw" do tego, by zeznawał przed tą komisją, ponieważ nie podjął współpracy z WSI.
Dlatego - jak mówił - razem z Olszewskim "szukają takiej formuły prawnej", która pozwoli mu złożyć oświadczenie przed komisją.
"Wreszcie jest pytanie do obecnego rządu: co się dzieje, jeśli w Polsce obywatel, nawet jeśli odmawia współpracy, potem jest przedmiotem nacisków i przecieków. Dzisiaj się okazuje, że ze służb specjalnych wyciekają dokumenty tajne" - podkreślił Kowal.
Zapowiedział, że zwróci się o sprostowanie do "Dziennika", a jeśli to się nie powiedzie, to nie wykluczył wystąpienia na drogę sądową przeciwko gazecie.
Jak wynika z artykułu "Dziennika", wywiad wojskowy był zainteresowany wiedzą Kowala na temat krajów postsowieckich i wysoko oceniał wiadomości od "Pallada". Informatorzy gazety w służbach relacjonują, że Kowal nie znał swojego pseudonimu i nie brał pieniędzy.
Według "Dziennika", o kontaktach Pawła Kowala z WSI od 2006 roku wiedzą Lech Kaczyński oraz Zbigniew Wassermann. Jednak nazwisko b. wiceszefa dyplomacji i bliskiego współpracownika prezydenta nie pojawiło się w raporcie z weryfikacji WSI, który został opublikowany właśnie przez głowę państwa - zaznacza gazeta.
W ten sposób poseł PiS, były wiceminister spraw zagranicznych, odniósł się do informacji piątkowego "Dziennika", który podał, że Kowal był w latach 2003 - 2005 zarejestrowany jako tajny współpracownik Wojskowych Służb Informacyjnych o pseudonimie "Pallad".
"Nawet po przeczytaniu tego artykułu szybko się człowiek orientuje, że faktycznie nie ma żadnych elementów współpracy. Były faktycznie wielokrotne próby nagabywania mnie przez służby specjalne, zachęcania do jakiejś formy współpracy, ja jej nie podjąłem" - powiedział Kowal w piątek rano w TVP Info.
Zdaniem polityka PiS, jest to próba "dość brutalnego ataku politycznego", a celem jest pokazanie jego jako osoby, która ma coś do ukrycia.
"Dlatego ja bardzo szybko wystąpiłem do ministra obrony narodowej o to, by odtajnił wszelką dokumentację, jeśli jakaś na mój temat została zgromadzona" - podkreślił Kowal.
Jak mówił, teraz okazuje się, że był inwigilowany, a od dziennikarzy dowiedział się, że także jego rodzina była obserwowana. Podkreślił, że trzeba to wszystko sprawdzić, także to, czy w "teczce" WSI znalazł się legalnie.
"Mam nadzieję, że minister obrony narodowej mi w tym pomoże, po postu pokazując wszystko co jest na mój temat zgromadzone. Tam nie ma nic nadzwyczajnego" - dodał Kowal.
Zaznaczył, że już wcześnie mówił "wielu osobom" o całej sprawie.
Kowal potwierdził informacje "Dziennika", że przeprowadził kilkanaście rozmów telefonicznych i spotkań z przedstawicielami służb. Relacjonował, że przez kilka pierwszych kontaktów nie wiedział z kim rozmawiał, bo ludzie, którzy do niego przyszli, przedstawili się jako urzędnicy jednego z ministerstw.
Jak mówił, nie dziwił się temu, bo wówczas był ekspertem i nie zajmował się polityką. "Gdy się zorientowałem, poprosiłem o wyjaśnienie skąd są i kiedy to nastąpiło, to zobowiązałem się zachować sprawę w dyskrecji. Uważam, że jak ktoś w wolnym państwie zobowiązuje się wobec organów państwa do czegoś takiego, powinien tego dotrzymać" - mówił Kowal.
Dodał, że ze względu na to, że zobowiązał się do zachowania tajemnicy w sprawie tego "co mu zaproponowano", on sam nie może ujawnić żadnych szczegółów.
Kowal poinformował, że zwrócił się także w związku z całą sprawą do Jana Olszewskiego, szefa komisji weryfikacyjnej byłych WSI. Podkreślił jednak, że nie ma "za bardzo podstaw" do tego, by zeznawał przed tą komisją, ponieważ nie podjął współpracy z WSI.
Dlatego - jak mówił - razem z Olszewskim "szukają takiej formuły prawnej", która pozwoli mu złożyć oświadczenie przed komisją.
"Wreszcie jest pytanie do obecnego rządu: co się dzieje, jeśli w Polsce obywatel, nawet jeśli odmawia współpracy, potem jest przedmiotem nacisków i przecieków. Dzisiaj się okazuje, że ze służb specjalnych wyciekają dokumenty tajne" - podkreślił Kowal.
Zapowiedział, że zwróci się o sprostowanie do "Dziennika", a jeśli to się nie powiedzie, to nie wykluczył wystąpienia na drogę sądową przeciwko gazecie.
Jak wynika z artykułu "Dziennika", wywiad wojskowy był zainteresowany wiedzą Kowala na temat krajów postsowieckich i wysoko oceniał wiadomości od "Pallada". Informatorzy gazety w służbach relacjonują, że Kowal nie znał swojego pseudonimu i nie brał pieniędzy.
Według "Dziennika", o kontaktach Pawła Kowala z WSI od 2006 roku wiedzą Lech Kaczyński oraz Zbigniew Wassermann. Jednak nazwisko b. wiceszefa dyplomacji i bliskiego współpracownika prezydenta nie pojawiło się w raporcie z weryfikacji WSI, który został opublikowany właśnie przez głowę państwa - zaznacza gazeta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)